Przed godziną 11 czasu polskiego dolar amerykański (USD) jest notowany w okolicach 3,5994–3,6007 zł, co wpisuje się w narrację o powrocie USD/PLN w okolice 3,60 po ostatnich wahaniach. Euro kosztuje 4,2088–4,2105 zł, a frank szwajcarski (CHF) pozostaje drogi na poziomach 4,5230–4,5248 zł. Kluczowy punkt sporny dla wielu czytelników, czyli funt brytyjski, jest dziś wyceniany wyraźnie niżej niż poziomy z początku roku: GBP/PLN to 4,8449–4,8479 zł. Te kwotowania pokazują, że złotówka nie jest w fazie panicznego osłabienia – raczej porusza się w wąskim korytarzu, w którym inwestorzy ważą ryzyko i płynność.

To, co wyróżnia ostatnią dobę, to zmiana akcentów w temacie dolara. Jeszcze po piątkowych danych z amerykańskiego rynku pracy część największych instytucji przesuwała oczekiwania co do cięć stóp Fed na później, co w normalnym układzie bywa paliwem dla USD. Tym razem mechanizm zadziałał mniej książkowo, bo na rynek nałożył się wątek polityczno-instytucjonalny. Doniesienia o dochodzeniu dotyczącym szefa Rezerwy Federalnej Jerome’a Powella, związanym z kosztami remontu siedziby Fed, stały się dla dolara obciążeniem wizerunkowym i ryzykiem dla narracji o niezależności banku centralnego. Z perspektywy uczestników rynku walutowego nie chodzi wyłącznie o sam spór prawny, tylko o to, czy presja polityczna może w kolejnych miesiącach ograniczać swobodę decyzyjną Fed.

W tym samym czasie pojawił się ważny element „bezpiecznika” dla tych obaw. W amerykańskiej debacie wybrzmiały głosy, że temat nie powinien być narzędziem do politycznego rozgrywania banku centralnego, a część republikańskich polityków sygnalizowała gotowość do blokowania nominacji do Fed do czasu wyjaśnienia sprawy. To istotne, bo rynek często reaguje nie na sam skandal, lecz na ryzyko „ciągu dalszego”: czy zacznie się długi konflikt instytucjonalny, który podbije premię za ryzyko w USA, czy też historia szybko wygaśnie. Jeżeli inwestorzy uznają, że niezależność Fed nie jest realnie zagrożona, obecna słabość dolara może okazać się krótkim epizodem.

Drugą warstwą ostatnich dni jest geopolityka, która wbrew wielu oczekiwaniom nie wywołała gwałtownego tąpnięcia na walutach regionu. W Wenezueli doszło do nagłych, szeroko komentowanych wydarzeń politycznych po działaniach USA wobec otoczenia Nicolása Maduro. Rynki – przynajmniej na starcie tygodnia – zachowały się tak, jakby uznały temat za „przetrawiony”, ale jednocześnie natychmiast widać było klasyczne przesunięcia w aktywach wrażliwych na ryzyko. Najbardziej czytelny ślad napięć pojawił się na metalach szlachetnych, a nie na PLN, co sugeruje, że globalny kapitał traktuje obecne ryzyko bardziej jako „szum podwyższający premię” niż jako scenariusz skrajny.

Rynek walutowy zwykle reaguje najmocniej wtedy, gdy geopolityka uderza w surowce albo w transport i ubezpieczenie handlu. W tle wciąż jest ropa, ale ostatnie komentarze z rynku wskazywały, że infrastruktura wydobywcza i eksportowa Wenezueli miała pozostać nienaruszona, co ograniczało impuls do trwałego skoku cen. W takiej konfiguracji dolar kanadyjski (CAD) i korona norweska (NOK) – waluty „z ropą w tle” – często zachowują się niejednoznacznie: z jednej strony mają argument surowcowy, z drugiej przegrywają z globalnym ruchem w stronę płynności, gdy rośnie awersja do ryzyka. W rezultacie CAD i NOK pozostają zakładnikami jednocześnie dwóch sił: sentymentu risk-off oraz tego, czy rynek ropy dostanie realny impuls podażowy.

Z punktu widzenia polskich odbiorców (firm i gospodarstw domowych) kluczowe jest jednak to, że „siła złotego” nie jest dziś stanem absolutnym, tylko relacją do innych walut w danej godzinie. EUR/PLN pozostaje poniżej 4,22, co dla wielu importerów bywa ulgą, ale jednocześnie przedsiębiorstwa rozliczające się w USD widzą, że dolar nie jest już w rejonie dołków z końcówki poprzednich tygodni. Rynek złotego wchodzi w tydzień z wąskim marginesem błędu: wystarczy mocniejszy powrót dolara na szerokim rynku, by USD/PLN ponownie odjechał w górę, nawet bez słabych danych z Polski.

Istotna jest też relacja euro–dolar, bo to ona w praktyce „steruje” wieloma ruchami na koszyku walutowym. EUR/USD pozostaje wysoko, w rejonie 1,17, co ogranicza presję na EUR/PLN, nawet jeśli dolar próbuje okresowo odbijać. Gdy EUR/USD spada, USD/PLN potrafi rosnąć szybciej niż wynikałoby to z lokalnych informacji – i odwrotnie. Dla inwestorów to często najprostsze wyjaśnienie, dlaczego złotówka wobec euro wygląda stabilnie, a wobec dolara potrafi „zmienić zdanie” w ciągu jednej sesji.

Ważny element układanki pozostaje krajowy. W tym tygodniu rynek czeka na sygnały z polskiej polityki pieniężnej, bo każda zmiana nastawienia – nawet werbalna – wpływa na różnicę stóp procentowych między Polską a strefą euro czy USA. To właśnie oczekiwania dotyczące stóp w Polsce są jednym z powodów, dla których PLN potrafi być odporny na zewnętrzne „straszaki”, dopóki inwestorzy nie dostają jasnego sygnału o możliwym szybkim luzowaniu. Jednocześnie to czynnik, który może działać w drugą stronę: jeśli rynek zacznie poważniej wyceniać obniżkę, złoty zwykle traci część przewagi odsetkowej, a wtedy ruchy na USD/PLN i CHF/PLN potrafią przyspieszyć.

W tej chwili frank jest dobrym termometrem niepokoju. CHF/PLN utrzymuje się wyraźnie powyżej 4,52, co pokazuje, że popyt na „ubezpieczenie portfela” nie zniknął, choć nie jest to popyt paniczny. Frank szwajcarski pozostaje drogą polisą – i rynek to akceptuje, dopóki geopolityka i amerykańska polityka nie eskalują w stronę scenariuszy skrajnych.