Świat się boi, więc kupuje dolary
Jak pokazują poniedziałkowe notowania na żywo z serwisu mybank.pl, za dolara trzeba dziś zapłacić ok. 3,72 PLN. Choć to wzrost o niespełna 1% względem piątku, szerszy obraz nie pozostawia złudzeń. Jeszcze miesiąc temu amerykańska waluta kosztowała 3,55 PLN. W ciągu zaledwie czterech tygodni złoty stracił do dolara niemal 5%, a globalny indeks dolara (DXY) dobija do 99 punktów – poziomu niewidzianego od początku stycznia.
Za tą siłą stoją trzy potężne silniki:
- Klasyczny rynkowy „uśmiech dolara” – w momentach globalnego tąpnięcia inwestorzy zawsze uciekają pod skrzydła amerykańskiej waluty.
- Ropa naftowa – ponieważ świat handluje nią w dolarach, drożejący surowiec automatycznie winduje popyt na walutę USA.
- Widmo inflacji – odsuwa w czasie oczekiwane obniżki stóp procentowych przez amerykański Fed. Rynek przestał wierzyć w cięcia przed wrześniem.
Frank i surowcowa korona na fali
W okresach geopolitycznych turbulencji zyskuje również frank szwajcarski. Po weekendzie kurs wymiany utrzymuje się na podwyższonym poziomie (piątkowy kurs NBP wynosił 4,72 PLN). Napływ kapitału do Szwajcarii jest tak duży, że tamtejszy bank centralny (SNB) wprost zasygnalizował gotowość do interwencji, jeśli frank stanie się zbyt mocny. To jasny sygnał, pod jaką presją znajduje się rynek.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Skandynawii. Korona norweska zyskuje na wartości (powyżej piątkowych 0,38 PLN) z bardzo pragmatycznego powodu – Norwegia to potężny eksporter ropy i gazu, a więc naturalny beneficjent obecnego szoku energetycznego.
Dramat euro i polskie błędy
Sytuacja w Europie jest znacznie bardziej skomplikowana. Choć euro drożeje wobec złotego (wybijając ponad piątkowe 4,27 PLN), to na szerokim rynku wyraźnie słabnie. Para EUR/USD zeszła w okolice 1,15, co jest najgorszym wynikiem od początku marca. Powód? Europa, w przeciwieństwie do w miarę samowystarczalnej Ameryki, jest uzależniona od importu energii. Droga ropa dusi gospodarkę Starego Kontynentu znacznie szybciej.
Złotemu nie pomaga też polityka krajowa. Ucieczka kapitału w trybie risk-off to jedno, ale naszą walutę dodatkowo dociążyła niedawna decyzja Rady Polityki Pieniężnej o obniżce stóp procentowych. Cięcie kosztów pieniądza w momencie, gdy na świecie wybuchł szok energetyczny grożący wybuchem inflacji, wywołało falę krytyki. Jak dosadnie ujął to ekonomista Łukasz Wnorowski: „Musimy zdecydowanie zapomnieć o dalszych obniżkach stóp procentowych tak długo, jak trwa wojna”.
Co to oznacza dla naszych portfeli?
Skutki widać już na horyzoncie. Droższy dolar to natychmiastowy wzrost cen na stacjach paliw oraz wyższe koszty importowanej elektroniki. Z kolei silny frank to powrót niepokoju dla tysięcy kredytobiorców. Rynki coraz brutalniej wyceniają dla Polski scenariusz stagflacji – powrotu podwyższonej inflacji połączonej ze spowolnieniem gospodarczym.
Na najbliższe dni prognozy pozostają w zawieszeniu. Analitycy Crédit Agricole nie wykluczają marszu dolara w kierunku 3,80 PLN, jeśli blokada Cieśniny Ormuz się przedłuży. Na razie rynkiem walutowym nie rządzą wykresy i dane makro, lecz wojskowe depesze. Każdy nagłówek z Bliskiego Wschodu może przesunąć kursy o kilka groszy. Zapnijcie pasy, bo tak dużej zmienności na polskim rynku walutowym nie widzieliśmy od lat.
(Dane na podstawie notowań mybank.pl/kursy-walut/na-zywo/ oraz tabel NBP z 6 marca 2026 r.)