To, że dolar się tak intensywnie wzmocnił (wczoraj wykres spadł do 1,1465), to w pewnej mierze efekt dobrych odczytów makro (PMI i ISM dla usług, raport ADP), a w pewnej - skutek wypowiedzi J. Powella, szefa Fed, uznanej za jastrzębią (iż daleko jeszcze do neutralnego poziomu stóp). Poza tym w Europie indeksy PMI dla usług Niemiec i Eurolandu były raczej takie sobie, a do tego w tle mamy kryzys na linii Rzym - Bruksela. Dziś Luigi Di Maio, wicepremier, zapewnił, iż budżet projektowany przez rząd jest oparty na solidnych podstawach, minister Tria pozostanie szefem resortu finansów, a historie o planach zmian personalnych w gabinecie to jedynie medialne pogłoski.
Zamówienia na dobra w USA wypadły w dwóch kategoriach poniżej prognoz (nieco), w jednej - powyżej, stąd to akurat nie był czynnik pro-dolarowy. Ale poza dolarem i euro mamy też funta. Negocjator unijny Barnier zapewnił, iż UE wchodzi w finalny etap negocjacji z Londynem, toczą się też intensywne rozmowy z Irlandią, ale aby naprawdę coś uzgodnić, potrzebne są precyzyjne ustalenia dotyczące Irlandii Północnej. GBP/EUR jest tymczasem na 1,1315-20 - dość wysoko, czyli funt jest mocny. Dość wspomnieć, że 24 września notowano 1,1120. Inaczej na GBP/USD. Tu 24 - 26 września kreślono nawet poziomy przy 1,32, a potem kurs poszedł w dół. Dziś rano było 1,2925, teraz jest 1,3025.
Nasz złoty
USD/PLN klaruje się na poziomie 3,7450. Był chwilami grubo ponad 3,75 - tak więc cóż innego można tu rzec poza tym, iż złoty traci? Obecny rejon można uważać za coś w rodzaju poprzeczki w jeszcze szerszej konsolidacji, ciągnącej się od drugiej połowy maja i w szczycie osiągającej nawet 3,84 (prawie, powiedzmy). Tak więc mamy test lokalnego oporu, ale jeśli pęknie, to otworzy się droga nawet do wartości o 7 - 9 groszy wyższych.
Euro-złoty jest na 4,3115. Tu obraz jest dość podobny, wyzwaniem jest w razie czego rejon 4,3330 - 4,3415. Na funcie mamy 4,8770, to funt jest mocny, a złoty słaby. Przebito opór na 4,85.