Czy to zakrawa na hipokryzję? Donald Trump dwa tygodnie temu narzekał na wysokie ceny ropy, tymczasem to właśnie on jest główną przyczyną ich wzrostu. Chodzi o podpisane 3 lata temu porozumienie nuklearne z Iranem, na mocy którego ten zrzekł się starań o pozyskanie broni atomowej i zyskał zniesienie bądź zawieszenie sankcji. Stanom Zjednoczonym gospodarcza izolacja Iranu zajęła wiele lat, ale kiedy w końcu się to udało doprowadziło do znacznego spadku produkcji ropy w tym kraju i jednocześnie do jej wysokich cen na rynkach w pierwszej połowie obecnej dekady. Po podpisaniu tego porozumienia produkcja szybko wzrosła i choć był to tylko jeden z czynników, który spowodował załamanie cen ropy, ryzyko ponownego wstrzymania dostaw z tego kraju działa na umysły inwestorów. A to dlatego, że w odpowiedzi na niskie ceny kartel OPEC podjął działania ograniczające produkcję i dodatkowo jego wysiłki zostały wsparte ogromnym kryzysem w Wenezueli, który przełożył się na spadek produkcji w tym kraju, zaś Arabia Saudyjska dążąca do sprzedaży udziałów w gigancie Aramco nie jest zainteresowana zwiększaniem dostaw. W tym środowisku zaniknięcie z rynku kolejnej porcji ropy i to w dużej skali musiałoby wywołać gwałtowny wzrost cen i obecne ruchy są dyskontowaniem takiego ryzyka. Sprawy mogą pójść jednak dalej.
Konsekwencje ekonomiczne są dość oczywiste. Dla Europy wzrost cen ropy oznacza „stratę” w wysokości ok. 0,5% PKB rocznie, dla krajów azjatyckich takich jak Chiny czy Indie są to jeszcze większe wartości. Niskie ceny ropy pozwoliły tym obszarom na szybszy wzrost gospodarczy i teraz ich wzrost będzie ponownie ciężarem. Do tego w USA oznacza on presję na wzrost stóp procentowych. Jednak to nie wszystko. Porozumienie nuklearne z Iranem ogniskuje wiele interesów różnych krajów i o ile w przeszłości USA miały wsparcie swoich sojuszników, o tyle teraz nikt nie chce dopuścić do fiaska tego układu. Eksperci Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej twierdzą, że Iran wywiązuje się ze swojej części porozumienia i jego sygnatariusze poza USA chcą kontynuacji, nie widząc dodatkowo żadnej realnej alternatywy. Trump może zatem nie tylko ponieść spektakularną dyplomatyczną porażkę, ale zaognić sytuację na innych frontach, np. z Chinami, które zapewne wobec nacisków handlowych skwapliwie wzięłyby się za rozliczanie eksportu irańskiej ropy, trafiającej tak czy owak w większości do Azji. To zaś zwiększyłoby niepewność na rynkach, która w tym roku i tak jest podwyższona. Czeka nas zatem gorący tydzień, Trump, który chce odwrócić uwagę mediów od porno-afery musi podjąć decyzję o przedłużeniu zawieszenia sankcji do soboty.
Poniedziałkowy handel na rynkach rozpoczynamy z dość mocnym dolarem, któremu specjalnie nie zaszkodziły opublikowane w piątek słabe dane z rynku pracy. Szczególnie umiarkowany wzrost płac (2,6%) oznacza, że Fed może mieć nieco więcej komfortu przy podnoszeniu stóp procentowych. Złoty ubiegły tydzień miał bardzo słaby, na co przełożył się z jednej strony właśnie mocny dolar, z drugiej mniejsza aktywność polskich inwestorów. Przynajmniej ten drugi czynnik w najbliższych dniach nie będzie obowiązywać, jest więc szansa na odrabianie strat. O 8:55 euro kosztuje 4,2502 złotego, dolar 3,5579 złotego, frank szwajcarski 3,5557 złotego, zaś funt brytyjski 4,8201 złotego.