Indeks Chicago PMI za kwiecień delikatnie rozczarował (57,6 przy prognozie 57,9 pkt), ale przecież nie jest to tragedia. Wskaźnik przemysłowy Fed z Dallas wzrósł m/m z 21,4 pkt do 21,8 pkt, jakkolwiek trudno tu było o uzyskanie jakichś wiarygodnych prognoz. Niemniej – nastąpił ruch w górę.
W Niemczech za to odczyty inflacyjne okazały się generalnie nie wyższe od prognoz, w szczególności więc niektóre były niższe, np. HICP +1,4 proc. r/r, gdy czekano na +1,5 proc. W Stanach wpisał się w prognozy wskaźnik PCE Core, odnoszący się do inflacji (opisujący średni wzrost cen dóbr konsumpcyjnych bez żywności i energii).
Eurodolar nie posunął się więc bardziej na południe niż w piątek, ale też trudno było tego oczekiwać. Tamte (ubiegłotygodniowe) ruchy były spore, doszło do przełamania średnioterminowej konsolidacji. Ci, którzy wierzą w analizę świecową, powinni może zwrócić uwagę na to, iż szczyt z kwietnia jest poniżej szczytu z marca, a ten – poniżej lutowego. Wygląda to więc tak, jakby wstępnie potwierdzała się długoterminowa tendencja spadkowa (tak, tak – ta 10-letnia...). Oczywiście obserwowane ruchy nie są aż tak duże, by całkowicie to przesądzać.
Pamiętajmy, że w tym tygodniu mamy (w środę) PKB Eurolandu, zaś w piątek payrollsy, czyli dane z rynku pracy USA.
Słabość trwa
Złoty nie daje za przegraną – ot, taka tam ironia z naszej strony, odwracająca klasyczne wyrażenie. Cóż, o poranku notowano na euro-złotym ok. 4,2060, zaś na USD/PLN 3,4650. Przestrzegaliśmy jednak, iż to niemal na pewno tylko korekta, mały ruch próbny, skromna realizacja zysków – czy jak wolimy to określić.
Cóż, wieczorem na pierwszej z par mamy prawie 4,24, zaś na drugiej testowano 3,51. Widać zatem, iż orla korona jest zagrożona. Zbiega się to wszelako z naszymi wcześniejszymi ogólnymi przeświadczeniami. Teoretycznie można nawet wierzyć, iż to początek dłuższego trendu, w którym złoty zapłaci za swe powodzenie z roku 2017.