Jakkolwiek zareagowała ona przeceną na piątkową publikację słabych grudniowych danych z rynku pracy w USA (stopa bezrobocia wzrosła z 4,7 proc. do 5 proc., natomiast w sektorze pozarolniczym stworzono zaledwie 18 tys. nowych miejsc pracy), co znalazło odbicie we wzroście kursu EUR/USD z okolic 1,4730 do 1,4821 dolara, to kolejne godziny piątkowych notowań upłynęły pod znakiem spadków. I to pomimo tego, że po amerykańskich danych pojawiły się oczekiwania, że w czasie styczniowego posiedzenia (29-30 stycznia br.), Fed może obciąć stopy nie o 25 punktów bazowych, ale nawet o 50 punktów. Pojawił się więc czynnik, który zwykle prowokuje wyprzedaż „zielonego”.

To odmienne od klasycznego zachowania dolara może oznaczać, że inwestorzy bardziej niż na cięcia stóp procentowych, zwracają uwagę na ewentualną repatriację kapitałów z rynków wschodzących do USA, w przypadku wejścia światowych rynków akcji w nową falę spadków. Oczekiwania dość naturalne. Chociaż raczej należałoby oczekiwać ich pojawienia się w momencie, gdyby spadki na giełdach były już zaawansowane. I z tego też powodu, to dopiero teza wymagająca zweryfikowania, a nie twierdzenie.

Kurs EUR/USD spadł dziś przedpołudniem poniżej poziomu 1,47 dolara, gdzie na wykresie godzinowym były zlokalizowane wsparcia z ostatnich dni. Na gruncie analizy technicznej, jakkolwiek ten spadek świadczy o rosnącej sile sprzedających, to jeszcze jest zbyt wcześnie, żeby zakładać silniejszą wyprzedaży. Tym samym jest zbyt wcześnie, żeby przekreślać scenariusz zakładający test okolic 1,50 dolara.

Tak się stanie w momencie gdy na koniec dzisiejszego dnia kurs EUR/USD zejdzie wyraźnie poniżej poziomu 1,4657 dolara, czyli poniżej połowy długiej białej świecy z 2 stycznia br. na wykresie dziennym. Wówczas nie tylko zostałoby przełamane wsparcie, ale również zostałoby potwierdzone podażowe znaczenie piątkowej doji na wykresie dziennym. W takie sytuacji zdecydowanie wzrośnie zagrożenie silniejszymi spadkami.