Inwestorzy na całym świecie, od funduszy hedgingowych po drobnych ciułaczy, masowo "parkują" kapitał w metalach, które w obliczu politycznego chaosu w Waszyngtonie zyskują status jedynego pewnego pieniądza.
Kluczowym zapalnikiem tej eksplozji cen jest gwałtowna deprecjacja dolara. Amerykańska waluta znajduje się w odwrocie na wszystkich frontach, osłabiana przez widmo "government shutdown" oraz eskalację konfliktu handlowego z Kanadą, który grozi rozerwaniem łańcuchów dostaw w Ameryce Północnej. Słabość "zielonego" jest tak wyraźna, że kapitał ucieka w panice, szukając schronienia w twardych aktywach. Analitycy zwracają uwagę, że obecny ruch na metalach to klasyczny "debasement trade" – gra pod utratę wartości pieniądza papierowego. W tym scenariuszu, 5120 USD za uncję złota nie jest sufitem, a jedynie kolejnym przystankiem w drodze do przewartościowania globalnego systemu monetarnego.
Dla polskiego inwestora sytuacja jest jednak pełna paradoksów. Choć światowe notowania biją rekordy, niezwykle silny złoty (kurs USD/PLN spadł w okolice 3,53-3,55 zł) skutecznie amortyzuje te wzrosty na rodzimym rynku. Przy obecnym kursie dolara, cena uncji złota w Polsce wynosi około 18 100 – 18 200 zł. To wciąż astronomiczna kwota, ale warto zauważyć, że gdyby dolar kosztował 4 złote, cena ta przekroczyłaby 20 000 zł. Silna złotówka działa więc jak tarcza, sprawiając, że dla Polaków złoto jest relatywnie tańsze niż dla Amerykanów czy Niemców, co paradoksalnie może być okazją zakupową dla tych, którzy wierzą w dalsze wzrosty.
Jeszcze bardziej dramatyczny przebieg ma hossa na srebrze. Przekroczenie bariery 110 dolarów za uncję oznacza, że "metal dla ubogich" zyskuje na wartości szybciej niż złoto, co jest typowe dla zaawansowanych faz rynku byka. Wskaźnik Gold/Silver Ratio gwałtownie spada, sygnalizując, że srebro nadrabia zaległości z ostatnich lat. W Polsce cena uncji srebra (liczona po kursie spot, bez VAT i marży) wynosi teoretycznie około 390 zł. Jednak w praktyce, uwzględniając wysokie premie w mennicach i podatki, realny koszt zakupu fizycznej monety dla inwestora indywidualnego może już zbliżać się do poziomu 480-520 zł. Mimo to, chętnych nie brakuje, a zapasy dealerów topnieją w oczach.
Eksperci ostrzegają jednak przed emocjami. Rynek wszedł w fazę pionowych wzrostów, które historycznie często kończyły się gwałtownymi korektami. Jeśli sytuacja w USA ulegnie choćby chwilowemu uspokojeniu, realizacja zysków może być brutalna. Z drugiej strony, fundamenty tego rajdu – czyli zadłużenie USA, inflacja i ryzyko geopolityczne – pozostają nienaruszone. Obecne poziomy cenowe to sygnał, że światowe rynki finansowe wchodzą w fazę "wielkiego resetu", gdzie zaufanie do walut fiducjarnych jest testowane jak nigdy dotąd. Dla posiadaczy fizycznego kruszcu to czas żniw, dla reszty – sygnał ostrzegawczy, by zrewidować swoje strategie oszczędzania.