Na rynku walutowym w środę 21 stycznia 2026 roku panuje względny spokój, choć widoczna jest presja na amerykańską walutę. Kurs euro (EUR/PLN) utrzymuje się stabilnie nieco powyżej poziomu 4,22 zł, co oznacza powrót do wycen sprzed weekendowej eskalacji napięcia. Dolar amerykański (USD/PLN) kontynuuje trend spadkowy, taniejąc do okolic 3,60-3,61 zł, co jest najniższym poziomem od kilku dni. W opozycji do głównych walut zachowują się "bezpieczne przystanie": frank szwajcarski (CHF/PLN) umocnił się do 4,55-4,56 zł, a korona norweska (NOK/PLN) zyskała na wartości, osiągając kurs 0,3622 zł. Funt brytyjski (GBP/PLN) ustabilizował się w rejonie 4,84-4,85 zł, wyhamowując wcześniejsze wzrosty.
Kiedy Donald Trump po raz pierwszy wspomniał o chęci "zakupu" Grenlandii, świat potraktował to z przymrużeniem oka. Dziś, w styczniu 2026 roku, żarty się skończyły. Po tym, jak Dania (a wraz z nią Unia Europejska) stanowczo odrzuciła te zakusy, a na wyspie pojawili się europejscy żołnierze w ramach misji stabilizacyjnej, Biały Dom wytoczył ciężkie działa. Zapowiedź 10-procentowych ceł na wybrane kraje UE to już nie tylko retoryka – to realne zagrożenie dla transatlantyckiego handlu.
Paradoks dolara: Im głośniej w polityce, tym ciszej na wykresie?
Teoretycznie, w momentach globalnego niepokoju i napięć geopolitycznych, kapitał powinien płynąć do "bezpiecznych przystani", a dolar amerykański (USD) zazwyczaj jest beneficjentem takiego strachu. Tymczasem obserwujemy zjawisko odwrotne. Dlaczego dolar traci na wartości, skoro to USA dyktują warunki?
Odpowiedź kryje się w nastrojach inwestorów, które analitycy określają mianem sentymentu "Sell America". Rynki zaczynają obawiać się, że agresywna polityka celna administracji Trumpa może być bronią obosieczną. Wojna handlowa z Europą, w połączeniu z napiętymi relacjami z Chinami, może podkopać wzrost gospodarczy samych Stanów Zjednoczonych. Inwestorzy kalkulują: cła oznaczają droższe towary dla Amerykanów, wyższą inflację i potencjalne spowolnienie konsumpcji. W efekcie, kapitał zaczyna szukać alternatyw, a jedną z nich staje się... paradoksalnie, niedoceniane euro, a nawet waluty rynków wschodzących, jak polski złoty.
Złoty korzysta z okazji (na razie)
Dla Polaków ten geopolityczny konflikt ma wymierne, i póki co pozytywne, skutki w portfelach. Słabszy dolar to tańsze paliwo na stacjach (ropa rozliczana jest w USD) oraz niższe ceny elektroniki importowanej z Azji. Kurs USD/PLN spadający w okolice 3,60 zł to scenariusz, który jeszcze niedawno wydawał się mało prawdopodobny przy tak wysokich stopach procentowych w USA.
Polska waluta, zazwyczaj wrażliwa na globalne wstrząsy, tym razem zachowuje stoicki spokój. Dlaczego? Ponieważ rynek zakłada, że konflikt o Grenlandię to w dużej mierze "teatr polityczny" przed szczytem w Davos. Inwestorzy liczą na tzw. efekt TACO (Trump Also Cares Opinions) – wierzą, że prezydent USA, będąc pragmatycznym biznesmenem, ostatecznie nie zaryzykuje załamania giełdy dla jednej wyspy i w ostatniej chwili złagodzi ton.
Ryzyko czai się za rogiem
Należy jednak pamiętać, że obecna stabilizacja jest krucha. Jeśli w Davos nie dojdzie do porozumienia, a cła wejdą w życie 1 lutego, optymizm może momentalnie wyparować. Wojna handlowa na pełną skalę uderzyłaby rykoszetem w polski eksport, który jest mocno powiązany z gospodarką niemiecką. A Niemcy, jako eksportowa potęga, są pierwszym celem amerykańskich sankcji.
Sytuacja jest dynamiczna. Dziś słabszy dolar cieszy importerów i turystów planujących ferie w egzotykach. Ale jutro eskalacja konfliktu może przynieść gwałtowną ucieczkę kapitału z rynków wschodzących i osłabienie złotego. Grenlandia, choć odległa i mroźna, jeszcze nigdy nie była tak blisko naszych portfeli.