Zmiana ta jest fundamentalna, ponieważ podważa wiarę w „amerykańską wyjątkowość gospodarczą”, która przez większą część 2025 roku windowała wycenę dolara.
W jednym z ostatnich pełnych tygodni handlu w roku kalendarz publikacji makroekonomicznych jest wyjątkowo napięty, co sprawia, że inwestorzy nie mają czasu na przedświąteczny odpoczynek. Oprócz zaplanowanych wcześniej standardowych raportów, na rynek zaczęły spływać opóźnione dane ze Stanów Zjednoczonych, które przez wiele tygodni pozostawały poza zasięgiem analityków z powodu zawirowań politycznych i administracyjnych. Wczorajsza sesja przyniosła wreszcie rozwiązanie zagadki, gdy poznaliśmy spóźnione raporty z rynku pracy za październik i listopad. Reakcja była natychmiastowa, bo liczby okazały się zimnym prysznicem. Nowe dane pokazały wzrost stopy bezrobocia w USA z 4,4% we wrześniu do 4,6% w listopadzie oraz zaskakujący spadek zatrudnienia w październiku o około 105 tysięcy miejsc pracy. Choć w listopadzie liczba etatów ponownie wzrosła, to bilans tych dwóch kluczowych miesięcy okazał się wyraźnie gorszy, niż zakładał nawet najbardziej pesymistyczny konsensus rynkowy.
Dogłębna analiza struktury tych odczytów pokazuje jednak obraz bardziej zniuansowany, niż sugerują alarmistyczne nagłówki portali finansowych, co powstrzymuje rynki przed paniką. W obu analizowanych miesiącach zatrudnienie w sektorze prywatnym rosło, co dowodzi, że biznes wciąż potrzebuje rąk do pracy. Głównym winowajcą spadku ogólnej liczby etatów były drastyczne cięcia w administracji publicznej. Waszyngtońscy obserwatorzy wskazują, że jednym z nieformalnych, politycznych motywów przeciągania paraliżu rządu federalnego było właśnie otwarcie drogi do masowej redukcji zatrudnienia w przerośniętym sektorze publicznym. Z punktu widzenia realnej gospodarki można więc mówić o schładzaniu koniunktury, ale nie o załamaniu – prywatny sektor wciąż generuje nowe miejsca pracy, choć robi to wolniej niż jeszcze rok temu. Niemniej jednak, matematyka ekonomii jest nieubłagana: wyższe bezrobocie, niezależnie od źródła, oznacza potencjalnie słabszy popyt konsumpcyjny w 2026 roku, co rynek musi teraz, w trybie przyspieszonym, uwzględnić w wycenach wszystkich aktywów, od akcji po surowce.
Na to skomplikowane globalne tło nakładają się inne, również niepokojące sygnały płynące z największych ośrodków gospodarczych świata. Dane miesięczne z Chin wyraźnie rozczarowały, wskazując na dalsze pogorszenie w tamtejszym przemyśle i handlu, co poddaje w wątpliwość skuteczność dotychczasowych pakietów stymulacyjnych Pekinu. Równie ponure nastroje panują w Europie – wstępne grudniowe wskaźniki PMI dla strefy euro okazały się słabsze od oczekiwań, szczególnie po stronie przemysłu, który wciąż nie może złapać wiatru w żagle. Także w USA regionalne indeksy koniunktury spadły poniżej wcześniejszych poziomów, sugerując, że spowolnienie rozlewa się po całym kraju. Zdecydowanie lepiej wypadły jedynie wybrane odczyty z Wielkiej Brytanii i Japonii, ale to kropla w morzu potrzeb i zbyt mało, by zmienić obraz całości. Światowa gospodarka wchodzi w nowy rok w stanie spowolnienia, które nie jest jeszcze recesją, ale wymaga wsparcia w postaci łagodniejszej polityki pieniężnej.
Paradoksalnie, w tym coraz bardziej wymagającym i niepewnym otoczeniu, rynki akcji wciąż utrzymują się na podwyższonych poziomach. Inwestorzy zdają się grać w ryzykowną grę, licząc, że słabsze dane wymuszą na bankach centralnych – z Fed na czele – szybsze i głębsze obniżki stóp procentowych, co pomoże utrzymać wzrost zysków spółek. To niezwykle delikatna równowaga: jeśli dane makroekonomiczne będą pogarszać się stopniowo, rynek może zaakceptować ten scenariusz „miękkiego lądowania”. Gwałtowniejsze załamanie koniunktury mogłoby jednak wywołać lawinę i wyraźną zmianę nastrojów, uderzając rykoszetem także w waluty rynków wschodzących, w tym w polski złoty. Na razie jednak inwestorzy zdają się ignorować najczarniejsze scenariusze, skupiając się na krótkoterminowych przepływach kapitału.
Na nastroje w ostatnich dniach bardzo mocno wpłynęły nie tylko twarde dane makroekonomiczne, ale też wielka geopolityka, która powróciła na pierwsze strony gazet w najbardziej dramatycznej formie. Prezydent USA Donald Trump, realizując swoją politykę „America First” i twardej ręki wobec reżimów, zapowiedział blokadę wenezuelskich portów dla tankowców, uznając oficjalnie administrację Nicolása Maduro za „organizację terrorystyczną”. To ruch bez precedensu w ostatnich latach. Koncentracja amerykańskich wojsk i floty w regionie Karaibów zdaniem wielu analityków wojskowych sugeruje, że nie są to tylko puste słowa, ale deklaracje mają szansę przełożyć się na realne działania militarne. Zapowiedź blokady eksportu wenezuelskiej ropy – która w dużej mierze trafia do Chin – natychmiast podbiła ceny ropy i złota oraz chwilowo umocniła dolara amerykańskiego na rynku globalnym.
Jest to klasyczny mechanizm ucieczki do bezpieczeństwa, choć w tym przypadku sytuacja jest bardziej złożona, bo to same Stany Zjednoczone są źródłem tego napięcia. Wzrost cen surowców energetycznych to także potencjalny impuls inflacyjny, który komplikuje pracę bankierom centralnym walczącym o stabilność cen.
Co jednak niezwykle istotne dla nas, ten gwałtowny wzrost napięcia geopolitycznego nie przełożył się na wyraźne osłabienie naszej waluty, co byłoby typową reakcją w przeszłości. Obserwujemy wręcz zjawisko odwrotne – próbę wybicia w dół kluczowych poziomów wsparcia na najważniejszych parach z PLN. Polska waluta zachowuje się tak, jakby inwestorzy uznali Polskę za bezpieczną przystań w regionie Europy Środkowej. Na rynku złotego inwestorzy obserwują, jak EUR/PLN testuje okolice 4,22, a USD/PLN rejon 3,60 – bez gwałtownych ruchów, ale z wyraźną przewagą strony umacniającej złotówkę. To ważny sygnał: polska waluta jest traktowana nie tylko jako typowy przedstawiciel koszyka „emerging markets”, który wyprzedaje się przy każdym wzroście ryzyka, ale jako waluta kraju z relatywnie stabilnymi fundamentami gospodarczymi i przewidywalną polityką pieniężną.
Bieżące notowania potwierdzają tę tezę. Według porannych danych z rynku Forex, za jedno euro płacono około 4,22 zł, co jest poziomem bardzo atrakcyjnym dla importerów. Dolar amerykański wyceniany jest na 3,60 zł, co oznacza, że amerykańska waluta traci blask w oczach polskich inwestorów. Funt brytyjski kosztuje około 4,82 zł, natomiast frank szwajcarski oscyluje w okolicach 4,51 zł. Takie kursy walut oznaczają, że złotówka pozostaje mocna wobec USD i względnie stabilna wobec euro, podczas gdy najbardziej „drogą” walutą wciąż jest frank szwajcarski. Dla polskich firm rozliczających się w dolarze to wyraźna ulga i szansa na poprawę marż, natomiast dla eksporterów obecna sytuacja stwarza nieco trudniejsze warunki konkurencyjne, choć zdecydowanie nie tak wymagające, jak w okresach, gdy USD/PLN niebezpiecznie zbliżał się do poziomu 4,50.
Analizując poszczególne pary, warto zwrócić uwagę na funta. W relacji do złotego funt brytyjski pozostaje wyraźnie silniejszy, ale tu kluczowe znaczenie ma specyfika brytyjskiej gospodarki, która zmaga się z bardziej uporczywą inflacją, oraz jastrzębie nastawienie Banku Anglii. Wyższa ścieżka inflacji na Wyspach i ostrożniejsze podejście do obniżek stóp procentowych wspiera GBP, co sprawia, że dla polskich firm importujących towary lub usługi z Wielkiej Brytanii obecny poziom kursu pozostaje istotnym kosztem operacyjnym. Z kolei szwajcarska waluta to inna historia. Frank szwajcarski (CHF), mimo braku ostatnich zmian stóp przez Narodowy Bank Szwajcarii (SNB), niezmiennie utrzymuje status klasycznej „bezpiecznej przystani”. CHF tradycyjnie zyskuje wtedy, gdy rosną napięcia w globalnej gospodarce i polityce, dlatego jego wysoki kurs wobec PLN nie jest zaskoczeniem w środowisku niepewności wywołanej działaniami USA.
Osobną historią, którą warto śledzić w kontekście wydarzeń w Wenezueli, są waluty surowcowe. Dolar kanadyjski oraz korona norweska (NOK) reagują w największym stopniu na wahania cen ropy naftowej oraz decyzje lokalnych banków centralnych. Wzrost cen „czarnego złota”, wywołany m.in. groźbą fizycznego ograniczenia eksportu z Ameryki Południowej, teoretycznie sprzyja tym walutom w relacji do dolara amerykańskiego. Jednak ich ruch wobec złotówki jest obecnie bardziej stonowany, niż można by oczekiwać. Wynika to z faktu, że znaczna część inwestorów traktuje obecny skok cen ropy jako reakcję na krótkoterminowy szok polityczny, a nie trwałą zmianę fundamentów podaży i popytu. Z perspektywy polskiej gospodarki oznacza to umiarkowane ryzyko dalszego wzrostu cen paliw na stacjach, ale bez gwałtownej przeceny PLN wobec CAD czy NOK, co jest dobrą wiadomością dla kierowców.
Podsumowując szerszy obraz rynku, rynek złotego korzysta z unikalnego połączenia trzech czynników: schładzającej się gospodarki USA i rosnącego tam bezrobocia, słabszej koniunktury w strefie euro oraz utrzymującej się relatywnej atrakcyjności polskich aktywów na tle innych rynków wschodzących. Dla dużych inwestorów portfelowych kluczowe jest to, że przy relatywnie stabilnym kursie PLN mogą oni liczyć na dodatnią realną stopę zwrotu z polskich obligacji skarbowych i akcji, przy wciąż akceptowalnym ryzyku kursowym. To właśnie ta specyficzna kombinacja sprawia, że nawet w obliczu geopolitycznych wstrząsów wywoływanych przez Biały Dom, złotówka nie zachowuje się jak typowa, rozedrgana waluta peryferyjna.
Nie zmienia to faktu, że obecna równowaga jest krucha i nie jest dana raz na zawsze. Dalsze pogorszenie danych z USA – szczególnie gdyby w kolejnych miesiącach bezrobocie wciąż rosło, a zatrudnienie w sektorze prywatnym zaczęło spadać – mogłoby wymusić na Fed paniczne, znacznie głębsze obniżki stóp, wywołując kolejną falę osłabienia dolara i zwiększoną zmienność na wszystkich parach walutowych. Z drugiej strony, gwałtowniejsze pogorszenie koniunktury u naszego głównego partnera handlowego, w strefie euro, lub nagły, niekontrolowany wzrost awersji do ryzyka (np. wybuch otwartego konfliktu zbrojnego), mógłby szybko osłabić złotówkę, przywracając wyższe poziomy na EUR/PLN i USD/PLN, nawet jeśli fundamenty krajowe pozostałyby względnie stabilne.
Na dzień dzisiejszy rynek wybiera jednak scenariusz „kontrolowanego spowolnienia”, w którym banki centralne mają jeszcze pole do reakcji, a gospodarka globalna balansuje na krawędzi, ale nie wpada w głęboką recesję. Złotówka w takim otoczeniu pozostaje jedną z ciekawszych i silniejszych walut regionu – na tyle mocną, by korzystać z globalnego odpływu kapitału od dolara, ale nie na tyle przewartościowaną, by inwestorzy zaczęli masowo realizować zyski i wycofywać środki z Warszawy. Dla polskich firm i gospodarstw domowych oznacza to, że końcówka 2025 roku mija pod znakiem względnej i pożądanej stabilizacji kursów kluczowych walut. Niemniej jednak początek 2026 roku niemal na pewno przyniesie nowe wyzwania, które będą wprost powiązane z dynamiką amerykańskiego rynku pracy i kolejnymi decyzjami, jakie podejmie Rezerwa Federalna w odpowiedzi na spowolnienie.