Na rynku międzybankowym Forex widać względną stabilizację głównych par z udziałem PLN. Dolar amerykański jest notowany w okolicach 3,5969 PLN, euro około 4,2232 PLN, a frank szwajcarski przy 4,5251 PLN; funt brytyjski pozostaje w rejonie 4,8160 PLN. Korona norweska jest notowana w pobliżu 0,3575 PLN, a dolar kanadyjski około 2,6144 PLN.

Jednocześnie w oficjalnych tabelach referencyjnych różnice względem kwotowań rynkowych wynikają z metodologii i godziny ustalania fixingu. W najnowszej tabeli średnich kursów NBP (z datą publikacji 11 grudnia) euro wynosi 4,2284 PLN, USD 3,6132 PLN, CHF 4,5277 PLN, GBP 4,8316 PLN, NOK 0,3579 PLN, a CAD 2,6172 PLN. Ta rozbieżność jest normalna: fixing NBP to punkt odniesienia, a rynek walut żyje w trybie ciągłym.

W ostatnich kilkudziesięciu godzinach kluczowym paliwem dla walut – w tym dla PLN – była zmiana akcentów w globalnej polityce pieniężnej. Po decyzji Rezerwy Federalnej i towarzyszących jej sygnałach dotyczących ścieżki stóp, rynek szybko przestawił oczekiwania z dyskusji „czy będzie jeszcze łagodniej” na „jak duża będzie przestrzeń do dalszych ruchów i kiedy pojawi się pauza”. W komentarzach z USA szczególnie nośne okazało się sformułowanie, że polityka jest blisko poziomu „neutralnego”, co inwestorzy interpretowali jako próbę ograniczenia nadmiernego luzowania wycen w kontraktach terminowych.

Efekt dla rynku złotego bywa dwutorowy. Z jednej strony słabszy impuls z dolara potrafi poprawić klimat dla walut rynków wschodzących, co historycznie sprzyja PLN. Z drugiej – gdy rośnie wrażliwość na dane i komunikację banków centralnych, wraca selektywność: kapitał preferuje rynki o czytelnym reżimie fiskalnym i stabilnej ścieżce stóp. W takim otoczeniu rynek złotego nagradza przewidywalność, a karze zaskoczenia – nawet jeśli krótkotrwale. To jeden z powodów, dla których w ostatnich dniach notowania EUR/PLN przypominały handel „w korytarzu”, z ograniczonymi próbami wybicia.

Z perspektywy samej pary EUR/PLN dobrze widać tę logikę „czekania na impuls”. Analitycy ING zwracali uwagę, że kurs utrzymywał się w relatywnie wąskim przedziale 4,2150–4,2350, a sesje na rynku regionu miały charakter spokojny i wyczekujący. Rynek często zachowuje się tak wtedy, gdy lokalne czynniki są znane, a o kierunku mają przesądzić bodźce zewnętrzne.

W tle wciąż pracuje temat Europy i inflacji, bo dla polskiej waluty to ważne ze względu na eksport, przepływy portfelowe oraz różnicę między oczekiwaniami wobec stóp w strefie euro i w Polsce. Z Niemiec napłynęło potwierdzenie wzrostu inflacji HICP do 2,6% w listopadzie, co w naturalny sposób wzmacnia argument „ostrożności” po stronie Europejskiego Banku Centralnego. To nie jest pojedynczy punkt danych, który ma natychmiast przenieść EUR/PLN o kilka groszy, ale element układanki: im mniej przestrzeni do obniżek w Eurolandzie, tym bardziej rynek waży różnice w stopach i w rentownościach.

Krajowy kontekst dla PLN jest dziś czytany przez dwa filtry: politykę pieniężną i finanse publiczne. W ostatnich tygodniach w komunikacji banku centralnego i w ocenach rynku pojawiał się wątek przejścia w tryb „wait-and-see”, czyli większej cierpliwości przed ewentualnymi kolejnymi ruchami. W komentarzach zwracano uwagę, że ostrożność w luzowaniu może wynikać także z ograniczeń fiskalnych – wysoki deficyt zawęża pole manewru i zwiększa wrażliwość waluty na percepcję ryzyka. To właśnie dlatego dyskusja o stopach procentowych w Polsce coraz częściej jest prowadzona równolegle z dyskusją o trajektorii deficytu i długu.

Agencje ratingowe i instytucje międzynarodowe dokładają tu własne cegiełki, budując „szerszy kontekst” dla rynku złotego. Fitch sygnalizował pogorszenie perspektyw finansów publicznych w regionie w 2026 r., przy wskazaniu, że w Polsce (podobnie jak w Rumunii) deficyt może pozostawać wyraźnie powyżej unijnego progu 3% PKB, m.in. ze względu na wydatki obronne i polityki społeczne. Osobno MFW akcentował potrzebę priorytetowego podejścia do ograniczania wzrostu zadłużenia. Dla inwestorów portfelowych to nie są komentarze „na dziś”, ale parametry ryzyka, które wracają w momentach globalnych zawirowań.

W tym samym czasie rynki „drugiego planu” – takie jak waluty surowcowe i skandynawskie – także wpływają na wyceny krzyżowe, istotne dla polskich importerów i eksporterów. Dolar kanadyjski w ostatnich dniach był wspierany przez sygnały z Banku Kanady o pauzie w cyklu, choć komunikacja pozostała ostrożna. Z kolei korona norweska dostawała impulsy głównie z polityki Norges Bank i wątków stabilności systemu płatniczego; bank centralny podkreślał m.in., że nie rekomenduje obecnie wprowadzenia CBDC, pozostawiając jednocześnie furtkę na przyszłość.

Na tym tle pozycja CHF pozostaje specyficzna, bo frank szwajcarski pełni funkcję bezpiecznej przystani w momentach napięć, a jednocześnie jest wrażliwy na sygnały ze szwajcarskiego banku centralnego i na twarde dane o inflacji. Gdy globalny apetyt na ryzyko rośnie, CHF/PLN bywa pod presją; gdy rośnie awersja do ryzyka, frank szybko odzyskuje przewagę, co na polskim rynku jest szczególnie odczuwalne ze względu na wciąż istotny „sentiment” historyczny wokół tej pary. To jeden z powodów, dla których CHF jest często traktowany jako barometr nastrojów, a nie tylko zwykła waluta rozliczeniowa.

Krótki horyzont (najbliższe sesje) będzie prawdopodobnie zdominowany przez dwa pytania. Pierwsze dotyczy tego, czy dolar amerykański utrzyma miękkość wynikającą z oczekiwań na ścieżkę stóp w USA, czy też rynek dostanie impuls do korekty, np. przez serię danych makro albo ostrzejszą interpretację komunikacji Fed. Drugie dotyczy Europy: czy dane inflacyjne i sygnały z EBC utrzymają retorykę „czujności”, co ogranicza przestrzeń do gołębiej wyceny eurostopy. W obu wariantach polski złoty – jako waluta płynna i relatywnie popularna w regionie – zwykle łapie kierunek z zewnątrz szybciej niż z krajowych nagłówków.

Z perspektywy odbiorcy w Polsce najważniejsze jest jednak to, jak te procesy przekładają się na codzienny obraz kursów walut i na decyzje zakupowe firm. Jeśli EUR/PLN pozostaje w pobliżu 4,22–4,23, a USD/PLN oscyluje przy 3,60, to presja importowana na koszty jest mniejsza niż w okresach gwałtownych umocnień dolara. Z kolei stabilizacja na parze GBP/PLN ogranicza ryzyko dla branż rozliczających funt brytyjski, natomiast niskie wahania NOK/PLN są istotne dla sektorów związanych z Norwegią, w tym dla części usług i kontraktów energetycznych. Dla gospodarstw domowych kluczowe pozostaje CHF, bo nawet niewielkie zmiany potrafią być psychologicznie silnie odczuwalne, niezależnie od tego, czy wynikają z lokalnych czynników, czy z globalnego „risk-off”.

W szerszym ujęciu złotówka wciąż korzysta z tego, że jest postrzegana jako waluta o solidnym zapleczu płynnościowym w regionie. Jednocześnie rynek złotego nie jest „odporny” na temat deficytu i na ryzyko polityczne: gdy na świecie rośnie nerwowość, inwestorzy szybko wracają do wskaźników długu, potrzeb pożyczkowych i wiarygodności ścieżek fiskalnych. To sprawia, że polski złoty bywa mocny w spokojnych okresach i wymagający w okresach turbulencji – nawet jeśli krajowe dane nie zmieniają się z dnia na dzień.

Na zakończenie warto doprecyzować język rynku: gdy mowa o rynku złotego, chodzi o sumę decyzji tysięcy uczestników – od eksporterów zabezpieczających przepływy po fundusze globalne, które w ciągu kilku minut potrafią przenieść kapitał między koszykami walut. Właśnie dlatego krótkookresowe ruchy PLN rzadko mają jedną przyczynę, a częściej są wypadkową stóp, danych i nastrojów. W najbliższym czasie ten obraz pozostanie aktualny, a złotówka będzie testowana przede wszystkim przez to, jak rynek wyceni tempo zmian w polityce pieniężnej największych banków centralnych oraz jak oceni odporność gospodarek na mieszankę wyższych kosztów finansowania i napięć fiskalnych.