Poranne notowania walut wskazują, że za dolara amerykańskiego płacimy obecnie około 3,62–3,63 zł, a za euro niespełna 4,23 zł. Funt brytyjski kosztuje w okolicach 4,83 zł, a frank szwajcarski lekko się umacnia, sięgając okolic 4,52 zł. To poziomy bardzo zbliżone do tych, które obserwowaliśmy tuż po decyzji Fed i komunikacie Narodowego Banku Szwajcarii, co pokazuje, że rynek złotego nie reaguje gwałtownie na wahania nastrojów globalnych, ale raczej „przyjmuje do wiadomości” nowe otoczenie stóp procentowych. EUR/PLN wciąż trzyma się w wąskim przedziale 4,22–4,24, co jest jednym z sygnałów, że inwestorzy postrzegają polski złoty jako walutę przewidywalną na tle innych rynków wschodzących.

Fed, zgodnie z oczekiwaniami, obniżył stopę funduszy federalnych o 25 punktów bazowych, do przedziału 3,50–3,75 proc. Fed po raz trzeci z rzędu obniżył stopy procentowe o 25 punktów bazowych, sprowadzając ich przedział do 3,50–3,75 proc. Sama decyzja nie była niespodzianką – jeszcze przed posiedzeniem rynek wyceniał taki ruch z prawdopodobieństwem około 90 procent. Zaskoczenie przyniosły jednak szczegóły. Głosowanie 9 do 3 uwidoczniło rosnący rozdźwięk w ramach FOMC. Stephen Miran ponownie opowiadał się za mocniejszym cięciem, o 50 pb, podczas gdy Austan Goolsbee i Jeffrey Schmid uznali, że stopy w ogóle nie powinny zostać ruszone. W „dot-plot” – wykresie oczekiwań członków Fed – widać ponadto kilku decydentów, którzy na dłuższą metę nie widzą potrzeby dalszych obniżek.

Powodem, dla którego większość jednak zdecydowała się na cięcie, jest kondycja amerykańskiego rynku pracy. Dane z ostatnich miesięcy pokazują wyhamowanie wzrostu zatrudnienia, wzrost stopy bezrobocia w okolice 4,4 proc. i sygnały osłabienia popytu na pracę w sektorze prywatnym. Jerome Powell podczas konferencji prasowej zwracał uwagę, że według szacunków Fed ostatnie odczyty zatrudnienia były przeszacowane, a realne tempo tworzenia miejsc pracy może być nawet ujemne, jeśli skoryguje się je o efekty statystyczne. Jednocześnie szef Fed podkreślił, że nie widzi masowych zwolnień, a raczej stopniowe wytracanie impetu po kilku bardzo mocnych latach.

Inflacja – choć wciąż powyżej celu – przesuwa się w kierunku 2 proc., szczególnie jeśli odfiltrować jednorazowe wpływy ceł i wstrząsów podażowych. Projekcje makro sugerują umiarkowany optymizm: wyższy oczekiwany wzrost PKB w 2026 roku i stopniowy spadek inflacji w okolice celu. To właśnie połączenie słabszego rynku pracy i wygasającej inflacji stało się argumentem dla obozu opowiadającego się za cięciami. Z drugiej strony część regionalnych szefów Fed ostrzega, że zbyt szybkie luzowanie może ponownie rozbudzić presję cenową, szczególnie jeśli gospodarka okaże się bardziej odporna niż sugerują bieżące dane.

Decyzja o stopach nie była jedynym elementem środowego pakietu. Fed ogłosił także rozpoczęcie programu tzw. technicznego QE – skupu krótkoterminowego długu skarbowego w skali około 40 mld dolarów miesięcznie. Celem jest stabilizacja rynku pieniężnego i zapewnienie odpowiedniego poziomu rezerw w systemie bankowym, a nie klasyczne „pompowanie” płynności znane z czasów wielkich rund luzowania ilościowego. Mimo to inwestorzy odebrali ten ruch jako dodatkowy element „gołębiego” nastawienia. Rosnące rozbieżności wewnątrz Fed to dziś jedno z głównych źródeł niepewności dla globalnych inwestorów, ale równocześnie program technicznego QE został potraktowany jako sygnał, że bank centralny nie ma problemu z dalszym uelastycznianiem narzędzi, jeśli uzna to za konieczne.

Bezpośrednia reakcja rynku walutowego była książkowa: dolar osłabił się, a para EUR/USD utrzymuje się w rejonie 1,17, co oznacza najwyższe poziomy od jesieni i wyraźną presję na dolara. Krótkoterminowo sprzyja to walutom o wyższej stopie procentowej i rynkom wschodzącym. Dla rynku złotego oznacza to korzystne środowisko – inwestorzy zagraniczni nie muszą obawiać się gwałtownego skoku rentowności amerykańskich obligacji, co redukuje pokusę szybkiego wycofywania kapitału z polskich aktywów. Zyskują na tym obligacje skarbowe w PLN, a pośrednio także kursy walut względem złotówki, które pozostają pod kontrolą.

Nieco później nastroje na światowych giełdach ostudziły wyniki technologicznego giganta Oracle. Spółka raportuje bardzo wysokie wydatki inwestycyjne związane z infrastrukturą dla sztucznej inteligencji, przy jednoczesnym spadku zwrotu z zainwestowanego kapitału. To podsyciło dyskusję o tym, czy boom na AI w obecnej skali rzeczywiście przełoży się na długoterminowe zyski, czy jest kolejną fazą „inwestycyjnej gorączki”, która później wymusi korektę. Kontrakty na S&P 500 oddały dużą część wcześniejszych wzrostów, a dolar odzyskał część utraconego terenu. Mimo tego balans sił na głównych parach pozostał inny niż jeszcze miesiąc temu – euro jest wyżej, dolar niżej, a rynki wschodzące bardziej spokojne.

Na tym tle rynek złotego korzysta z tego otoczenia: polski złoty jest postrzegany jako waluta relatywnie stabilna wśród rynków wschodzących. PLN nie reaguje nadmiernie ani na każdy komentarz z Fed, ani na wahania indeksów w USA. Z punktu widzenia praktycznego użytkownika rynku – przedsiębiorców rozliczających się w imporcie i eksporcie – oznacza to, że zmiany stawek na fakturach walutowych nie są dziś tak drastyczne jak w okresie dużych szoków globalnych. Funt brytyjski wyceniany jest w okolicach 4,83–4,84 zł, a frank szwajcarski około 4,52 zł, co pokazuje lekką przewagę walut „bezpiecznych” nad złotówką, ale bez sygnałów panicznego popytu na CHF czy GBP.

Ważną rolę odgrywa także Szwajcarski Bank Narodowy. SNB utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ale na rynku coraz częściej pojawiają się pytania, czy w obliczu globalnego cyklu obniżek Szwajcaria nie będzie zmuszona pójść dalej, włącznie z powrotem do obszaru stóp ujemnych. To tłumaczy, dlaczego frank zyskuje wobec złotego tylko umiarkowanie. Inwestorzy mają świadomość, że jeśli globalna koniunktura jeszcze się pogorszy, CHF może wejść w rolę jednej z głównych „bezpiecznych przystani”, ale na razie scenariusz ten nie jest bazowy.

Nieco w cieniu uwagi rynku pozostają dolar kanadyjski i korona norweska. Bank Kanady po wcześniejszych cięciach pozostawił stopy bez zmian, a komunikat był utrzymany w tonie ostrożnego wyczekiwania. W efekcie dolar kanadyjski i korona norweska pozostają wobec PLN w wąskich przedziałach, co sprzyja planowaniu transakcji przez eksporterów i importerów. Dla CAD kluczowe są zarówno decyzje banku centralnego, jak i ceny surowców energetycznych oraz kierunek amerykańskiej gospodarki. NOK tradycyjnie reaguje silniej na ropę i oczekiwania wobec polityki Norges Bank, ale wobec złotówki jej wahania w ostatnich dniach są ograniczone – inwestorzy nie widzą impulsu do wyraźnego faworyzowania jednej z tych walut.

W szerszej perspektywie widać, że jeśli w 2026 roku Fed zdecyduje się na więcej niż jedną obniżkę, dolar amerykański może wejść w dłuższą fazę osłabienia wobec walut takich jak PLN, EUR czy NOK. Na razie oficjalne projekcje mówią o bardzo ograniczonej liczbie cięć w kolejnych latach, co ma schłodzić oczekiwania rynku. Jednocześnie otwarty pozostaje wątek polityczny: w maju dojdzie do zmiany na stanowisku przewodniczącego Fed, a Biały Dom jasno sugeruje, że preferuje kandydata gotowego do bardziej agresywnego łagodzenia. Jeśli nowy szef banku centralnego będzie postrzegany jako mniej niezależny, może to w dłuższym terminie obniżyć zaufanie do dolara jako „superwaluty” światowego systemu finansowego.

Dla polskiej gospodarki i inwestorów kluczowa będzie umiejętność poruszania się w tym coraz bardziej złożonym otoczeniu. Dla złotówki kluczowe będzie połączenie decyzji Fed, nastawienia Europejskiego Banku Centralnego oraz lokalnej polityki RPP. Jeżeli Fed będzie ciął szybciej, EBC okaże się bardziej jastrzębi, a RPP utrzyma ostrożne, ale stabilne podejście, PLN może pozostać jedną z ciekawszych walut regionu pod względem relacji ryzyka do potencjalnego zysku. Jeżeli jednak amerykańskie cięcia zostaną odebrane jako oznaka głębszych problemów gospodarki USA, globalny sentyment do ryzyka może się pogorszyć, co uderzyłoby także w rynek złotego. Na razie jednak dominuje scenariusz kontrolowanego luzowania – bez gwałtownej ucieczki od dolara, ale też bez powrotu do jego dawnej, bezdyskusyjnej dominacji.