Według wczorajszej tabeli Narodowego Banku Polskiego 1 dolar amerykański (USD) jest wyceniany na 3,6656 zł, euro na 4,2424 zł, frank szwajcarski (CHF) na 4,5743 zł, funt brytyjski (GBP) na 4,8116 zł, dolar kanadyjski (CAD) na 2,6185 zł, a 1 korona norweska (NOK) na 0,3623 zł.
Poranne kwotowania rynkowe w czwartek pokazują zbliżone poziomy – za dolar amerykański trzeba zapłacić w okolicach 3,67 zł, a EUR/PLN jest notowany nieco powyżej 4,23. Z perspektywy ostatnich miesięcy oznacza to, że złotówka wciąż znajduje się bliżej mocniejszych wartości, zarówno wobec dolara, jak i euro, mimo serii stopniowych obniżek stóp przez Radę Polityki Pieniężnej.
Krajowe tło dla rynku złotego pozostaje korzystne. Na początku listopada RPP obniżyła stopę referencyjną NBP do 4,25 proc., kontynuując cykl niewielkich „dostroić” po wcześniejszych cięciach w miesiącach letnich. Inflacja, według ostatnich projekcji i badań banku centralnego, stabilizuje się w okolicach 4 proc. z tendencją spadkową w kolejnych latach, co daje przestrzeń do dalszego łagodzenia polityki, ale w tempie wyraźnie wolniejszym niż oczekiwano jeszcze na początku roku. Jednocześnie realne stopy procentowe pozostają dodatnie, a indeks szerokiego efektywnego kursu złotego (RBPLBIS) utrzymuje się znacząco powyżej poziomu 100, co odzwierciedla mocną pozycję PLN względem koszyka partnerów handlowych.
Od początku roku inwestorzy globalni chętnie wracają do Europy Środkowo-Wschodniej. Według analiz rynkowych spekulanci i fundusze, które postawiły na waluty regionu – forinta, koronę czeską i PLN – zostały nagrodzone dwucyfrowymi stopami zwrotu wobec dolara, a złoty stał się jedną z najlepiej zachowujących się walut wschodzących. W tle działa kombinacja kilku czynników: solidny wzrost gospodarczy Polski na tle strefy euro, napływ środków unijnych, spadająca inflacja i ostrożne, ale wciąż dość restrykcyjne podejście NBP.
Tymczasem najcięższe fale przetasowań przetaczają się przez Azję. Jen japoński w ostatnich dniach osiągnął na rynku poziomy niewidziane od ok. dziesięciu miesięcy wobec dolara, a wobec euro osłabił się do najsłabszych wartości w historii wspólnej waluty. Na rynku USD/JPY notowane są poziomy powyżej 157 jenów za dolara, podczas gdy rentowności długoterminowych obligacji skarbowych Japonii wspinają się do najwyższych poziomów od 2008 roku. To efekt polityki nowej premier Sanae Takaichi, która forsuje rekordowy pakiet fiskalny i presję na utrzymanie przez Bank Japonii bardzo niskich stóp procentowych, mimo rosnącej inflacji i ryzyka dalszej przeceny waluty.
W praktyce oznacza to, że jen pozostaje jedną z głównych walut finansujących strategię carry trade – inwestorzy pożyczają w JPY przy niemal zerowym koszcie i lokują środki w wyżej oprocentowanych walutach, w tym także w waluty naszego regionu. Patrząc wyłącznie na fundamenty – wciąż ogromną różnicę stóp procentowych między USA a Japonią, rekordowy budżet i programy stymulacyjne Tokio oraz powolne tempo normalizacji polityki BoJ – łatwo dojść do wniosku, że „wszystkie czynniki grają przeciw jenowi”. Jednak uczestnicy rynku coraz głośniej przypominają, że powyżej okolic 155 jenów za dolara, a zwłaszcza w pobliżu 160, rośnie prawdopodobieństwo interwencji japońskich władz. To właśnie ten nieformalny „korytarz tolerancji” sprawia, że wielu inwestorów traktuje dalsze osłabienie jena jako ruch obarczony wysokim ryzykiem gwałtownej korekty.
Silne wahania nie omijają również dolara australijskiego i nowozelandzkiego. AUD w ostatnich tygodniach „oddycha” w rytmie globalnego apetytu na ryzyko – podczas epizodów nerwowości na giełdach potrafi schodzić poniżej 0,65 wobec USD, by następnie odrabiać straty, gdy nastroje się poprawiają. Rezerwa Federalna Australii utrzymuje stopę procentową na poziomie 3,6 proc. i w najnowszym raporcie z listopada zaznacza, że dalsze decyzje będą „silnie zależne od napływających danych”, w tym sygnałów spowolnienia ze strony głównych partnerów handlowych, zwłaszcza Chin. To, w połączeniu z obawami o globalny handel i ceny surowców, sprawia, że dolar australijski pozostaje typową walutą cykliczną – wrażliwą zarówno na wahania indeksów giełdowych, jak i danych z przemysłu.
Jeszcze wyraźniej widać napięcie w przypadku dolara nowozelandzkiego. Dane z rynku pracy pokazały wzrost bezrobocia w Nowej Zelandii do 5,3 proc., najwyżej od 2016 r., a gospodarka w ostatnich kwartałach wpadła w wyraźne spowolnienie. Na to nakłada się agresywny cykl łagodzenia polityki pieniężnej przez RBNZ – stopy zostały już sprowadzone w okolice 3 proc., a bank centralny sugeruje gotowość do dalszych cięć, jeśli wzrost pozostanie słaby. W efekcie NZD/USD jest notowany w pobliżu 0,56–0,57, w okolicy minimów z ostatnich miesięcy, a analitycy mówią o pełnym zdyskontowaniu kolejnej obniżki stóp już na najbliższym posiedzeniu.
Krzyżowa para AUD/NZD sięgnęła w listopadzie okolic 1,16, najwyżej od kilkunastu lat, zanim doszło do lekkiej korekty. Taka skala umocnienia dolara australijskiego wobec nowozelandzkiego odzwierciedla nie tylko różnicę w oczekiwanych ścieżkach stóp procentowych, ale też rosnące przekonanie rynku, że słabość gospodarki Nowej Zelandii może się przedłużyć. Jednocześnie część komentatorów zwraca uwagę, że duża część tych negatywnych informacji jest już „w cenie”, a dalsze wzrosty AUD/NZD wymagałyby nowych, zaskakująco słabych danych z gospodarki Kiwi.
Ten azjatycko-pacyficzny obraz jest ważny także dla inwestorów patrzących na kursy walut w Europie. Gdy jen i dolar nowozelandzki słabną z powodu lokalnych czynników, a amerykański Fed coraz ostrożniej podchodzi do dalszych cięć stóp, dolar globalnie zyskuje głównie wobec najsłabszych ogniw, a mniej wobec walut z solidnym carry – takich jak polski złoty. Minione dni przyniosły co prawda skokowy wzrost notowań indeksu dolara po publikacji „jastrzębich” minut Fed i spadek prawdopodobieństwa obniżki stóp w USA już w grudniu poniżej 25 proc., ale efekt na parach z PLN był umiarkowany.
Obecnie para USD/PLN jest notowana w strefie 3,65–3,70, wyraźnie poniżej tegorocznego maksimum powyżej 4,19 i relatywnie blisko dołków z września w okolicach 3,57. EUR/PLN od kilku miesięcy porusza się w wąskim przedziale w pobliżu 4,20–4,30, co eksperci wiążą z połączeniem stabilnych perspektyw gospodarczych strefy euro i wysokiej wiarygodności fiskalnej Polski.
W przypadku franka szwajcarskiego, po fali umocnienia w czasie wcześniejszych epizodów globalnej awersji do ryzyka, notowania CHF/PLN przesunęły się nieco w dół, w okolice 4,57. Po serii obniżek stóp przez SNB w poprzednich kwartałach atrakcyjność franka jako „superbezpiecznej przystani” jest mniejsza niż kilka lat temu, choć wciąż pozostaje on jednym z głównych barometrów nastrojów na rynkach. Z punktu widzenia polskich kredytobiorców w CHF obecne poziomy są znacząco mniej bolesne niż historyczne szczyty, ale wciąż dalekie od kursów sprzed kryzysu finansowego.
Na parze z funtem brytyjskim złoty radzi sobie nieco gorzej. GBP/PLN utrzymuje się powyżej 4,8, korzystając z relatywnie wysokich stóp procentowych w Wielkiej Brytanii i oczekiwań, że Bank Anglii będzie obniżał koszt pieniądza wolniej niż EBC czy NBP. Dane z brytyjskiego rynku pracy pokazały co prawda wyraźne schłodzenie, ale jednocześnie płace wciąż rosną, co skłania bank centralny do ostrożności.
Na tle funta i franka szczególnie ciekawie wyglądają waluty surowcowe z północy – korona norweska (NOK) oraz dolar kanadyjski. Obie są silnie powiązane z notowaniami ropy naftowej, a jednocześnie korzystają z wyższych stóp procentowych niż w strefie euro. Kurs NOK/PLN waha się w okolicach 0,36 zł za 1 koronę, co oznacza, że za 100 NOK płaci się około 36 zł – mniej niż w czasie szczytu kryzysu energetycznego. Dolar kanadyjski jest wyceniany na około 2,62 zł, a pary CAD/PLN i NOK/PLN pozostają wrażliwe zarówno na zmiany cen ropy, jak i decyzje odpowiednio Banku Kanady i Norges Banku.
Z punktu widzenia polskich eksporterów i importerów obecny poziom kursów jest kompromisem między konkurencyjnością a stabilnością. Realny efektywny kurs złotego znajduje się kilkanaście procent powyżej średniej z 2020 r., co oznacza, że polskie towary są relatywnie droższe niż kilka lat temu, ale jednocześnie odzwierciedla to silny wzrost produktywności gospodarki. Dla gospodarstw domowych mocniejszy PLN oznacza niższe ceny dóbr importowanych, ograniczając presję inflacyjną w średnim terminie.
Kluczowe pytanie dotyczy tego, jak długo rynek złotego pozostanie odporny na globalne szoki. Z jednej strony, perspektywy kraju są wciąż relatywnie dobre – prognozowany wzrost PKB w kolejnych latach ma pozostać wyższy niż w większości państw strefy euro, a agencje ratingowe zakładają lekką aprecjację PLN w horyzoncie 2025–2026. Z drugiej strony, na horyzoncie gęstnieją potencjalne źródła zmienności: ryzyko dalszego skoku rentowności w Japonii i nagłej interwencji na jenie, możliwe rozczarowania w danych z gospodarki USA czy kolejne turbulencje wokół globalnych wojen handlowych.
O ile więc złotówka nadal korzysta z przewagi stóp procentowych i dobrych fundamentów, o tyle inwestorzy coraz bardziej liczą się z tym, że kolejny większy szok globalny – czy to z Azji, czy z USA – może przynieść okresową przecenę także na parach z PLN. Na razie jednak kursy walut sugerują, że Polska pozostaje dla kapitału portowego i funduszy obligacyjnych raczej „bezpieczną przystanią na rynkach wschodzących” niż źródłem problemów, a polski złoty wciąż wpisuje się w scenariusz stopniowego, a nie gwałtownego dostosowania do nowych warunków w globalnej gospodarce.