W środę rano eurodolar zatrzymał się poniżej poziomu 1.47. O godz. 16.00 za euro płacono już tylko 1.4562 USD, a więc o 0,7% mniej niż na wtorkowym zamknięciu.

Wielu inwestorów uznało więc, że działania Fed-u nie pomogą już giełdom i kryzys jest nieunikniony. W takim przypadku obniżenie stóp w USA nawet do poziomu 2,5%, o czym zaczyna się coraz powszechniej mówić, nie musi wzmocnić rynków akcji i podnieść notowań eurodolara. Taki wniosek jest tym bardziej uprawniony, że eurodolara nie wzmocniły ani wypowiedź Georga Sorosa wieszczącego koniec epoki kumulowania dolara jako waluty rezerwowej, ani zapewnienia Jean-Claude Tricheta, że priorytetem Europejskiego Banku Centralnego pozostaje walka z inflacją (a więc należałoby się spodziewać podwyżki stóp w eurolandzie). Dla inwestorów bardziej wiarygodne były środowe dane makro ze strefy euro (w szczególności odczyt indeksu PMI), które potwierdzają zagrożenia dla Europy wynikające z ewentualnej recesji w USA. Stąd zauważalne przesuwanie się rynku w kierunku bezpieczniejszych pozycji i wzrost wartości dolara.

W takiej sytuacji nie może dziwić, że po krótkotrwałym wtorkowym wzmocnieniu złoty znów zaczął znacznie tracić na wartości. W środę o godz. 16.00 za euro płacono 3,6317 zł, a za dolara aż 2,4943 zł. Szukanie drugiego dna i skomplikowanych wyjaśnień przyczyn zmian wartości naszej waluty jest zbędne. Polska jest rynkiem wschodzącym i recesja lub jej groźba, niezależnie od czynników lokalnych, zawsze będzie ciągnęła wartość złotego w dół.