Około południa na rynku Forex USD/PLN jest notowany w okolicach 3,64, euro wyceniane jest w pobliżu 4,23 zł, frank szwajcarski około 4,59 zł, a funt brytyjski w rejonie 4,78 zł. Korona norweska (NOK/PLN) kosztuje około 0,36 zł, natomiast dolar kanadyjski w relacji do złotego utrzymuje się w okolicach 2,60 zł za jednostkę. Dane z głównych platform i banków pokazują niewielkie, kilkusetne odchylenia w zależności od kwotowań, ale obraz jest spójny: PLN pozostaje umiarkowanie słabszy niż tydzień temu, lecz zdecydowanie daleki od jakiejkolwiek paniki.
Globalne tło dla rynku walut w ostatnich dniach zdominowało zakończenie 43-dniowego shutdownu rządu USA, najdłuższego w historii tego kraju. Po podpisaniu przez prezydenta ustawy finansującej administrację przynajmniej do końca stycznia przyszłego roku do pracy wracają setki tysięcy urzędników, a inwestorzy wreszcie odzyskają dostęp do pełnego zestawu danych makroekonomicznych z amerykańskiej gospodarki. W krótkim terminie polityczne ryzyko wokół dolara amerykańskiego wyraźnie spadło, ale część analityków zwraca uwagę, że zaufanie do stabilności instytucji w USA zostało nadszarpnięte, a część strat gospodarczych – według szacunków biura budżetowego Kongresu – będzie nie do odrobienia.
Na szerokim rynku dolar amerykański (USD) po serii spadków odrabia dziś część strat. Indeks mierzący siłę „greenbacka” wobec koszyka sześciu głównych walut oscyluje w okolicach 99 punktów, notując lekki wzrost w ujęciu dziennym, ale wciąż zmierzając do tygodniowej straty. Inwestorzy ograniczyli oczekiwania na cięcie stóp przez Rezerwę Federalną już na grudniowym posiedzeniu – prawdopodobieństwo ćwierćpunktowej obniżki spadło w okolice nieco ponad 50 proc., po bardziej jastrzębich wypowiedziach kilku członków Fed, którzy ostrzegają przed zbyt szybkim łagodzeniem polityki monetarnej przy wciąż podwyższonej inflacji.
To globalne tło ma bezpośrednie przełożenie na rynek złotego. Mocniejszy dolar zazwyczaj wywiera presję na waluty rynków wschodzących, ale tym razem efekt jest ograniczony, bo inwestorzy wciąż pamiętają o relatywnie solidnych fundamentach polskiej gospodarki. W trzecim kwartale 2025 roku dynamika PKB przyspieszyła do około 3,7 proc. rok do roku, co jest najlepszym wynikiem od trzech lat, a napływ danych o produkcji i konsumpcji nie wskazuje na gwałtowne hamowanie. Jednocześnie poprawia się pozycja zewnętrzna kraju – deficyt na rachunku obrotów bieżących w ujęciu 12-miesięcznym spadł w okolice 1 proc. PKB, co ogranicza wrażliwość złotówki na kaprysy globalnego kapitału.
W centrum uwagi krajowych uczestników rynku pozostaje jednak inflacja i decyzje Narodowego Banku Polskiego. Według najnowszych danych GUS, inflacja CPI w Polsce w październiku wyniosła 2,8 proc. rok do roku, minimalnie poniżej wcześniejszego odczytu na poziomie 2,9 proc. i tylko nieznacznie powyżej celu NBP (2,5 proc. z dopuszczalnym odchyleniem o 1 pkt proc.). To ważny sygnał dla Rady Polityki Pieniężnej, która na listopadowym posiedzeniu kontynuowała ostrożne łagodzenie polityki.
Na początku miesiąca Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopę referencyjną NBP do 4,25 proc., tnąc koszt pieniądza o kolejne 25 punktów bazowych. W najnowszej projekcji bank centralny zakłada, że inflacja na trwałe powróci w okolice celu dopiero w 2027 roku, choć ścieżka na lata 2025–2026 została nieco obniżona w porównaniu z wcześniejszymi szacunkami. To daje władzom monetarnym pewien margines do dalszych, ale już bardzo ostrożnych obniżek – ekonomiści kilku dużych banków komercyjnych wskazują, że w 2026 roku stopa referencyjna może znaleźć się w rejonie 3,5–3,75 proc., o ile nie dojdzie do nowej fali szoków cenowych.
Z punktu widzenia inwestorów zagranicznych równanie jest proste: im szybciej inflacja wraca do celu przy solidnym wzroście gospodarczym, tym bardziej atrakcyjny staje się PLN jako waluta oferująca przyzwoitą realną stopę zwrotu. Z drugiej strony, im głębsze i szybsze cięcia stóp, tym większe ryzyko, że kursy walut zostaną wykorzystane do realizacji zysków po mocnym, kilkunastomiesięcznym umocnieniu złotówki. Nieprzypadkowo część analityków pisze wprost, że „złoty dostał nieoczekiwane wsparcie” zarówno ze strony lokalnych danych, jak i decyzji agencji ratingowych, które – mimo napiętego otoczenia – nie zdecydowały się na obniżkę oceny wiarygodności kredytowej Polski.
Na poziomie poszczególnych par obraz jest zróżnicowany. Para USD/PLN w okolicach 3,64 odzwierciedla przede wszystkim globalne wahania oczekiwań wobec Fed oraz reakcję na zakończenie shutdownu. Krótkoterminowo możliwe są dalsze, dynamiczne ruchy – jeśli nadchodzące dane z amerykańskiego rynku pracy okażą się słabsze, inwestorzy ponownie mogą zagrać na szybsze cięcia stóp w USA, co sprzyjałoby złotówce. Z kolei mocniejszy od oczekiwań zestaw odczytów mógłby wesprzeć dolara amerykańskiego i podnieść kurs w okolice 3,70, zwłaszcza jeśli towarzyszyłby temu wzrost rentowności amerykańskich obligacji.
Na parze EUR/PLN w rejonie 4,22–4,23 widać względną równowagę sił. Strefa euro publikuje dziś kolejne dane o wzroście PKB i produkcji przemysłowej, które – według prognoz – mają pokazać delikatne przyspieszenie gospodarki. Jeżeli potwierdzi się scenariusz umiarkowanego ożywienia przy łagodzeniu inflacji, Europejski Bank Centralny będzie mógł utrzymywać stopy procentowe bez gwałtownych ruchów, co z kolei sprzyja stabilizacji pary EUR/PLN w wąskim przedziale wahań. Dla polskich eksporterów obecny poziom euro jest wciąż komfortowy, choć umocnienie złotego z okolic 4,50 do 4,20 w ostatnich miesiącach oznacza wyraźniejsze napięcia marżowe w branżach o niskiej rentowności.
Najbardziej wrażliwą parą pozostaje obecnie relacja do franka szwajcarskiego. W sytuacjach zwiększonej nerwowości na światowych rynkach inwestorzy tradycyjnie uciekają do walut bezpiecznej przystani, dlatego frank szwajcarski (CHF/PLN) pozostaje jednym z najmocniejszych ogniw koszyka walutowego. Kurs w rejonie 4,59 zł oznacza, że kredytobiorcy zadłużeni we franku wciąż płacą wysoką cenę za globalne napięcia, mimo że sama Szwajcaria od dłuższego czasu próbuje normalizować politykę pieniężną i wyciągać gospodarkę z pułapki niskich stóp. Dopóki indeksy giełdowe pozostają pod presją, a inwestorzy żyją w cieniu ryzyka kolejnych sporów budżetowych w USA, frank ma ograniczoną przestrzeń do wyraźnego osłabienia wobec złotówki.
Inaczej wygląda sytuacja na parze z Wielką Brytanią. Funt brytyjski w ostatnich dniach osłabiał się globalnie po rozczarowującym odczycie PKB i doniesieniach o wycofaniu się rządu z zapowiadanego wcześniej podwyższenia podatku dochodowego, co zwiększyło wątpliwości wokół wiarygodności planu finansów publicznych. Choć w relacji do złotego funt brytyjski (GBP) wciąż pozostaje drogi – około 4,78 zł – to w ujęciu efektywnym znajduje się pod presją. Jeżeli rynek zacznie mocniej dyskontować grudniową obniżkę stóp przez Bank Anglii, GBP/PLN może stopniowo osuwać się w kierunku 4,70, zwłaszcza przy stabilnym otoczeniu dla polskich aktywów.
W tle rozgrywa się też ciekawa historia walut towarowych. Dolar kanadyjski, silnie skorelowany z cenami ropy naftowej, pozostaje lekko słabszy po tym, jak Bank Kanady przyjął ostrożny ton i nie spieszy się z podwyżkami stóp, a rynek zaczyna dyskontować możliwość cięć w przyszłym roku. Przy cenie ropy Brent w rejonie niskich 60 dolarów za baryłkę CAD ma ograniczone paliwo do mocniejszego wybicia, dlatego para CAD/PLN krąży wokół 2,60 zł i na razie pełni raczej rolę barometru nastrojów na rynku surowcowym niż samodzielnego wehikułu do gry na waluty.
Z kolei korona norweska, druga ważna waluta surowcowa w regionie, zachowuje się bardzo stabilnie. Średni rynkowy kurs w pobliżu 0,36 zł za NOK oznacza, że za jednego złotego wciąż można otrzymać nieco ponad 2,7 korony norweskiej. Norges Bank utrzymuje relatywnie restrykcyjną politykę, a rynek ropy – mimo ostatniego odbicia – pozostaje daleki od poziomów, które w przeszłości windowały NOK do roli jednej z najmocniejszych walut świata. Dla Polaków pracujących w Norwegii oznacza to raczej spokojny, choć mało spektakularny okres dla ich dochodów liczonych w PLN.
Na marginesie rynku waluty pozostają metale szlachetne, ale ich zachowanie też ma znaczenie dla nastrojów wśród inwestorów. Po serii dynamicznych wzrostów z ostatnich tygodni, gdy srebro biło historyczne rekordy powyżej 54 USD za uncję, obecnie srebro jest notowane w rejonie 52–53 USD za uncję. Część kapitału, który w czasie shutdownu i napięć geopolitycznych uciekała z dolara w kierunku metali, zaczyna wracać na rynek walutowy, ale utrzymująca się wysoko cena srebra i złota pokazuje, że obawy o trwałość globalnego ożywienia wcale nie zniknęły. W tym kontekście decyzja NBP o ponownym zwiększaniu rezerw złota wpisuje się w szerszy trend banków centralnych, które dywersyfikują aktywa w kierunku surowców materialnych.
Rynek złotego wchodzi w końcówkę roku z relatywnie mocną pozycją, ale jednocześnie w otoczeniu bardzo dużej niepewności zewnętrznej. Z jednej strony sprzyjają mu: solidny wzrost PKB, spadająca inflacja, poprawiająca się pozycja zewnętrzna i perspektywa tylko stopniowych, a nie gwałtownych cięć stóp procentowych. Z drugiej – niepewność wokół przyszłych decyzji Fed po rekordowym shutdownie, wahania na rynkach akcji, ryzyko kolejnych sporów budżetowych w USA oraz wewnętrzne napięcia fiskalne w strefie euro i Wielkiej Brytanii sprawiają, że złotówka pozostaje podatna na nagłe, kilkugroszowe ruchy. Dla uczestników rynku oznacza to, że polski złoty nadal może być względnie bezpieczną przystanią wśród walut regionu, ale tylko pod warunkiem, że krajowe dane nie zaczną wyraźnie rozczarowywać, a globalne otoczenie nie ulegnie gwałtownemu pogorszeniu.