Na początku warto przypomnieć, że już przy wstępie do Unii w 2004 roku Polska – podobnie jak inne nowe państwa członkowskie – zadeklarowała zamiar przyjęcia wspólnej waluty. Jednak nikt nie zapisał w traktacie sztywnego terminu ani nawet połowę z podstawowych warunków wdrożenia euro. W praktyce oznacza to, że nasz kraj może postępować wedle własnego harmonogramu, a Encyklopedia Unii Europejskiej określa te postanowienia jako zobowiązanie „bez presji czasowej”. Czyli mamy formalny bilet do strefy, lecz nasz pociąg stoi na bocznym torze.

Zajrzyjmy teraz do liczby makroekonomicznych wskaźników. Wymogi konwergencji z Maastricht to nie przeszkoda, a raczej potężny sprawdzian do zdania na ocenę dobrą. Inflacja w Polsce w ostatnim roku potrafiła skoczyć nawet powyżej siedmiu procent, gdy w strefie euro oscylowała wokół dwóch. Deficyt budżetowy bywał wyższy niż dopuszcza limit trzyprocentowy, a dług publiczny przekraczał 60 % PKB. To wszystko sprawiało, że pomimo momentów względnej stabilizacji – na przykład tuż przed pandemią – nerwowo patrzono na zieloną linię kursu euro do złotówki. Bez udziału w mechanizmie ERM II, który wymaga co najmniej dwóch lat stabilnych kursów, my te warunki nie spełniamy i raczej nie zanosi się, by ktoś w Warszawie zdecydował się w najbliższym czasie na ten skok w nieznane.

Przy okazji wypada zwrócić uwagę na codzienne doświadczenia przedsiębiorców i konsumentów. Kiedy byłem kilka lat temu na targach w Berlinie, płatności kartą w euro działały jak marzenie – szybko, bez konieczności przeliczania, z jednym rachunkiem. Tymczasem w Polsce, nawet mając kartę wielowalutową, zawsze pojawiał się mały dreszczyk niepewności: jaka prowizja, jak kurs, czy bank nie naliczy kolejnego spreadu. Jasne, euro miałoby swoje plusy, ale jednocześnie wielu obawia się, że ceny w sklepach przeskoczą o tę upragnioną „jedynkę” – że jajka za trzy złote nagle będą kosztować jeden euro, ale ten euro wart będzie już nie pięć, a siedem czy osiem złotych. To nie jest science fiction, bo w innych krajach, które wprowadziły euro, takie zjawisko – choć krótkotrwałe – zaobserwowano.

Z perspektywy politycznej temat euro stał się niemal tabu. Gdy rok temu zadzwoniłem do znajomego posła z pytaniem, czy planowane są jakiekolwiek prace nad scenariuszem wejścia do ERM II, usłyszałem śmiech i zapewnienie, że „na razie mamy ważniejsze sprawy”. Przy czym nie chodzi tylko o politykę wewnętrzną, lecz także o bezpieczeństwo energetyczne, inflację światową czy konflikty międzynarodowe. Gromadzenie rezerw walutowych, negocjacje gazowe czy nawet dyskusje o budżecie unijnym pochłaniają dziesiątki komisji, komisjek i podkomisji, a euro wydaje się gdzieś na dalekiej liście tematów „może kiedyś”.

Ciekawy jest też punkt widzenia ekonomistów. Ci bardziej optymistyczni przypominają, że wejście do strefy euro może obniżyć koszty finansowania długu publicznego i ułatwić eksport, bo przedsiębiorcy zyskaliby większą przewidywalność w handlu z partnerami z Unii. Z kolei ekonomiści stonowani podkreślają, że rezygnacja z samodzielnej polityki monetarnej oznacza, iż przy kolejnej recesji Polska nie mogłaby sama obniżyć stóp procentowych ani zastosować luzowania ilościowego; musiałaby polegać na decyzjach Europejskiego Banku Centralnego, które byłyby dopasowane do sytuacji całej strefy, a nie tylko do naszej gospodarki.

Przełomową datą mógłby być moment, gdy inflacja w Polsce zrówna się z unijną na poziomie 2–3 proc., deficyt spadnie poniżej 3 proc. PKB, dług publiczny zacznie systematycznie maleć, a my formalnie zgłosimy akces do ERM II. Gdyby doszło do takiego scenariusza, proces wprowadzenia euro mógłby zająć dwa-trzy lata, bo europejskie mechanizmy nadzoru i zatwierdzania przetwarzałyby nasz wniosek. To jednak wymagałoby cichej koalicji rządzących, opozycji, banku centralnego i – co najtrudniejsze – przekonania większości społeczeństwa, by przestało patrzeć na euro z lękiem.

Może jednak przyjdzie taki moment, gdy dzieci, dla których codziennością jest płacenie smartfonem i aplikacją z funkcją automatycznego przeliczania walut, zaczną postrzegać euro jako naturalny element podróży, zakupów czy pracy zdalnej dla zachodniego kontrahenta. Wtedy nostalgiczna rozmowa o złotówce może przerodzić się w historię o tym, jak kiedyś w portfelu taszczyło się drobne, plastykowe monety z orłem.

Jedno jest pewne: gorąca debata o euro powróci dopiero wtedy, gdy wszystkie te elementy – formalne kryteria, gospodarcza stabilizacja, polityczna odwaga i wolta w nastrojach społecznych – ustawią się w jednej linii. A z perspektywy parku z kawą w ręku trudno odnaleźć choćby cień dowodu na to, że taka linia zbliża się na horyzoncie. Dlatego póki co warto śledzić kurs, kalkulować spread i przywykać do złotówki – a może kiedyś, za kilka lat, będzie o czym pisać na blogu o bezbolesnej transformacji walutowej.