W każdym razie taki scenariusz ładnie wpisywałby się w rozważania techniczne i dawał pewien sensowny ogląd sytuacji na przyszłe miesiące. Problem w tym, że obie strony – dolarowa (Fed) i eurowa (EBC) – ciągną w stronę zacieśniania polityki monetarnej, nawet jeśli każda ma u siebie co jakiś czas głosy hamujące ten front.

Dziś o 9:00 poznamy dynamikę produkcji przemysłowej na Węgrzech, zaś o 10:30 dane o inflacji CPI, PPI i RPI w Wielkiej Brytanii. O 14:00 wypowie się Loretta Mester z Fed, o 22:40 American Petroleum Institute oceni tygodniową zmianę zapasów paliw. Ropa WTI stoi teraz po 59,6 dolara za baryłkę, a jeszcze na początku lutego i pod koniec stycznia zdarzały się kursy powyżej 66 dolarów. W pewnym sensie jest testowany trend wzrostowy, z linią prowadzoną po minimach z czerwca i października (gdyby prowadzić ją przez formalne dołki z końca sierpnia, to moglibyśmy rzec, iż zostało do niej jeszcze trochę miejsca). W każdym razie w tymże czerwcu mieliśmy ok. 42 dolary, więc różnica jest znacząca.

Na złotym

USD/PLN jest na 3,3860. Jeśli na eurodolarze wygra linia spadkowa, trwająca dekadę, to na dolar-złotym przyjdzie czas osłabienia PLN w wyraźny sposób, choć niekoniecznie musi to oznaczać silne wybicie, potwierdzające linię po minimach z 2011 i 2014 roku. Jej siła, o ile faktycznie istniała, już zmalała. Co do krótkiego terminu, to akurat teraz obserwujemy zysk złotego, raczej korekcyjny, niźli przełomowy.

Na obu parach – tj. na dolar-złotym i euro-złotym – można postrzegać sytuację jako test krótkoterminowej tendencji wzrostowej. Na przykład do euro tracimy od 29 – 30 stycznia, kiedy to kreślono dołki przy 4,13. Teraz mamy 4,1675 i jest to lokalne wsparcie, do którego zeszliśmy po bytności blisko 3 grosze wyżej.

O 14:00 poznamy bilans płatniczy Polski, jeśli mowa o danych makro. Ciekawsza będzie środa, czyli dzień jutrzejszy, gdy ujrzymy dynamikę PKB za IV kw. 2017. Prognozy to +1,2 proc. k/k oraz +5,2 proc. r/r.