Dynamika ostatnich godzin ma swoje źródło zarówno w funduszach ETF opartych na etherze, jak i w poprawiającym się sentymencie do całej klasy aktywów krypto. To nie jest jedynie krótkotrwały zryw – rośnie liczba przesłanek, że rynek próbuje budować nowy pułap równowagi po stronie popytu, a techniczne „dekle” z poprzednich miesięcy jeden po drugim pękają.

Patrząc wstecz na ostatnie dni, układ sił na rynku układa się w dość spójną opowieść. Po epizodzie schłodzenia w połowie tygodnia ether zaczął odzyskiwać impet jeszcze przed piątkowym popołudniem, kiedy to na wykresach pojawiły się mocniejsze zielone świece, a obroty wyraźnie przyspieszyły. W praktyce oznaczało to, że kupujący zaczęli przejmować kontrolę nad strefą 4 000–4 100 USD, zmuszając część krótkich pozycji do ucieczki i dokręcając wybicie przez wspomniane 4 200 USD. Co istotne, ruch nie był wąski – skala zwyżki obejmowała nie tylko największe giełdy, ale i szerszy koszyk par, w tym na parach do walut fiducjarnych. Utrzymanie kursu powyżej 4 200 USD przez kilka kolejnych godzin tworzy nowy „punkt odniesienia” dla krótkoterminowych strategii ilościowych, a to z kolei stabilizuje pasmo wahań nad świeżo zdobytym progiem.

Wątek fundamentalny jest tutaj równie ważny jak techniczny. W USA od połowy 2024 roku notowane są spotowe ETF-y na ether, których dopuszczenie po formalnej decyzji regulatora otworzyło furtkę do bardziej instytucjonalnego popytu na kryptowalutę numer dwa. Od tamtej pory rynek wielokrotnie obserwował korelację: napływy do ETF-ów → presja zakupowa na rynku kasowym → podbicie bazy na kontraktach terminowych. W ostatnich dniach na nowo pojawiły się mocne napływy do tych instrumentów oraz zwiększona aktywność na rynku opcji, co mogło wzmocnić piątkowo-sobotnie wybicie w górę. Dla wielu inwestorów fundusze ETF stały się prostym, regulowanym kanałem ekspozycji na ETH, a rosnące wolumeny w tych produktach coraz częściej bywają zapalnikiem ruchów cenowych także poza godzinami amerykańskiej sesji.

Warto przy tym pamiętać, że nie mówimy o ruchu w próżni. Ether korzysta z dwóch, a może trzech nawarstwiających się zjawisk. Pierwsze to mechaniczne „oddychanie” rynku po serii nerwowych sesji na początku lata: część uczestników zamknęła pozycje defensywne, a każda próba zejścia kursu niżej napotykała coraz gęstsze zlecenia kupna. Drugie to poprawiające się komunikaty z szerokiego rynku technologii – nawet jeśli krypto żyje własnym życiem, to środowisko niższej premii za ryzyko sprzyja aktywom wzrostowym, zwłaszcza takim, których wycena zależy od oczekiwań co do adopcji i przychodów ekosystemowych. Trzecie, pośrednie, wiąże się z tym, że na Ethereum wciąż przesuwa się zapewne najwięcej wartości w świecie DeFi i stablecoinów, a każdy impuls wspierający użyteczność tych segmentów przekłada się na popyt na ETH jako „paliwo” sieci.

Dane „tu i teraz” dobrze wpisują się w powyższy obraz. Około 12:25 CEST ETH handluje w rejonie 4 236–4 238 USD, a w złotym – wokół 15 200–15 300 zł. Rozbieżności co do dokładnego odczytu pomiędzy serwisami biorą się z różnic w składzie przepływów i wagi poszczególnych giełd w ich indeksach, ale kierunek jest bezdyskusyjny: rynek na nowo flirtuje z poziomami niewidzianymi od dłuższego czasu. W praktyce ważniejsza od drugiego miejsca po przecinku jest odporność kursu na szybkie cofnięcia – i tę odporność dziś widać lepiej niż w poprzednich atakach na 4 100–4 150 USD. Jeśli weekend zamkniemy stabilnie nad 4 200 USD, w poniedziałek otworzy się przestrzeń do testu kolejnych oporów technicznych, w tym węzłów wolumenowych powyżej 4 300 USD.

W części komentarzy makro przewija się jeszcze jeden wątek: kurs dolara do złotego. Choć ETH wycenia się w pierwszej kolejności globalnie w USD, lokalne odczyty w PLN siłą rzeczy pochodzą z pomnożenia tej ceny przez bieżący kurs USD/PLN. Gdy dolar mięknie do złotego, ETH w PLN może „ciągnąć” nieco słabiej niż w przeliczeniu na dolary, i odwrotnie. Sobota przynosi dość spokojny obraz na parach walutowych, ale sam fakt, że ETH w złotym przekracza 15 000, wynika przede wszystkim z siły ruchu dolarowego, a nie z nagłego osłabienia PLN. Oznacza to w skrócie, że lokalny inwestor widzi dziś tę samą historię, co globalny – tylko w innym nominale.

Po stronie łańcuchowej, czyli „na drutach” samego Ethereum, widać symptomy ożywienia, które w poprzednich cyklach towarzyszyły trwalszym falom wzrostowym. Wzrost aktywności w sieciach warstwy drugiej, większa przepustowość i spadek efektywnych opłat transakcyjnych dla ruchu masowego sprawiają, że aplikacje DeFi i rozwiązań „real-world assets” znowu przyciągają wolumeny. Dla ceny ETH nie ma znaczenia wyłącznie to, ile operacji wykonują użytkownicy, lecz także to, jak często i w jakim natężeniu zasób jest blokowany w kontraktach jako zabezpieczenie. W ostatnich dniach wskaźniki te zachowują się tak, jakby rynek konsekwentnie „dokładał” do pozycji, a nie jedynie przestawiał środki pomiędzy protokołami. Efekt? Mniej podaży płynącej bezpośrednio na giełdy spot, co pracuje na korzyść byków w chwili, gdy pojawia się świeży popyt.

Nie zmienia to faktu, że pamiętać trzeba o ryzykach krótkoterminowych. Im szybciej rośnie wykres w wąskim oknie czasowym, tym większe ryzyko technicznej korekty na „przetarcie”. Sygnały przegrzania często widać najpierw na rynku instrumentów pochodnych: funding staje się dodatni i wysoki, baza na futures rozszerza się szybciej niż wcześniej, a skala dźwigni w portfelach graczy detalicznych przekracza poziomy komfortu. W takich warunkach nawet neutralna informacja potrafi wywołać serię kaskadowych zleceń „stop” i zetrzeć kilka procent z ceny w ciągu kilkunastu minut. Z kolei z punktu widzenia dłuższego horyzontu liczyć się będzie to, czy po weekendzie zobaczymy kontynuację napływów do spotowych ETF-ów oraz czy na głównych parach do stablecoinów utrzymane zostaną węższe spready i większa głębokość książki zleceń amerykańskich dostawców płynności. To nie są „fajerwerki” poboczne – to infrastruktura, która decyduje, czy trend ma czym oddychać.

Z praktycznego punktu widzenia dla uczestnika rynku w Polsce kluczowe jest dziś to, jak czytać liczby, które widzi na ekranie. W ciągu dnia jedne serwisy pokażą ETH w USD bliżej 4 180, inne bliżej 4 240; w PLN zakres 15,1–15,3 tys. nie powinien dziwić. To naturalna konsekwencja koszyka źródeł i kursów referencyjnych. Niezależnie od tej różnicy rzędu kilkudziesięciu złotych, symboliczna bariera 15 000 zł została wyraźnie, „z zapasem” przełamana, a różnice względem wczorajszego zamknięcia są klarownie dodatnie. Dla importerów i eksporterów rozliczających faktury w krypto to może oznaczać potrzebę drobnej korekty parametrów hedgingu, dla graczy detalicznych – zwyczajnie lepszy punkt wyjścia do zabezpieczania części zysków poprzez mechaniczne, z góry zdefiniowane progi realizacji.

Czego można oczekiwać w kolejnych godzinach? Scenariusze są dwa i każdy z nich ma swoje krótkoterminowe „za” i „przeciw”. Po pierwsze, możliwa jest kontynuacja marszu z przystankami na 4 260–4 300 USD, jeśli napływy do ETF-ów i odczyty z rynku pochodnych utrzymają pozytywny ton. Taki bieg wydarzeń wymagałby jednak dalej rosnących wolumenów na giełdach kasowych i stabilnego popytu zza oceanu. Po drugie, możliwy jest scenariusz „oddechu”, czyli cofnięcia w okolice 4 150–4 180 USD, które w kilku ostatnich sesjach pełniły rolę trampoliny do wybicia. W tym wariancie rynek zdejmuje część krótkoterminowej dźwigni, ale broni nabytą strefę i utrzymuje strukturę szczytów i dołków sprzyjającą bykom. Dla złotego oznaczałoby to wciąż ETH w okolicach 15 000 zł, o ile kurs USD/PLN nie zaskoczy jakimś egzogenicznym impulsem z rynku walutowego.

W tym miejscu warto wsadzić szpilkę w tezę o nieuchronności trendów. Historia kryptowalut pamięta liczne fałszywe wybicia, a szybkie powroty pod psychologiczne progi równie dobrze jak w klasycznych aktywach. Dlatego nawet przy dobrej prasie wokół ETF-ów i rynkowych narracji o „nowym kapitale” napływającym do ETH, nikt rozsądny nie buduje wniosków wyłącznie na podstawie jednego weekendu. Trwalsze wnioski sformułujemy dopiero po serii sesji z rosnącym, a przynajmniej stabilnie wysokim obrotem i z potwierdzeniami na wykresach tygodniowych. Wtedy dopiero da się odpowiedzieć, czy 4 200 USD stało się nowym wsparciem, czy raczej górną bandą wahań dla krótkiej fali entuzjazmu.

Równolegle można już spoglądać szerzej – na to, co może „dokładać” się do popytu na ETH w perspektywie miesięcy. Po pierwsze, ścieżka regulacyjna: im bardziej klarowne reguły gry dla emisji i obrotu tokenami w jurysdykcjach G7, tym mniejsza premia za ryzyko dla instytucjonalnych inwestorów, którzy do tej pory podchodzili do krypto z dystansem. Po drugie, realna adopcja: tokenizacja aktywów i rosnący udział stablecoinów w realnych przepływach handlowych mają potencjał „przywiązywania” użytkowników do ekosystemu Ethereum. Po trzecie, rozwój warstw drugich i mechanizmów skalowania: jeśli realnie obniżają koszty i skracają czasy finalizacji, przekłada się to na wolumeny w aplikacjach i – pośrednio – na bazowy popyt na ETH jako na zasób niezbędny do pracy tych rozwiązań. W każdym z tych obszarów w ostatnich tygodniach pojawiały się raczej pozytywne sygnały. I choć pojedynczo nie wyjaśniają tak mocnego ruchu, to razem budują „dywan” pod ceną.

Nie ma jednak rynku bez ryzyk. Największym z nich pozostaje to, że ether jest aktywem o wysokiej zmienności, poddanym nagłym, wieloprocentowym wahaniom, które potrafią wyczyścić zyski krótkoterminowe w trakcie jednej sesji. Drugim jest fakt, że choć ETF-y wprowadzają ład i wygodę, to nie eliminują nastroju stadnego – ten potrafi obrócić się przeciwko rynkowi równie szybko, jak mu sprzyjał, co pokazało już kilka epizodów gwałtownych odpływów środków. Trzecim – bardziej technicznym – pozostaje ryzyko przegrzania finansowania długich pozycji na rynku perpetuali, co przy braku „nowego” popytu kasowego bywa wstępem do niezapowiedzianych zjazdów.

Na dziś, w sobotnie południe, najważniejsze są jednak fakty. ETH jest powyżej 4 200 USD i powyżej 15 000 zł. Kupujący mają inicjatywę, a notowania – mimo naturalnych mikrocofnięć – utrzymują twardo zdobyty teren. Wartości bezwzględne, jakie widzimy na ekranach, mogą różnić się o dziesiątki dolarów lub złotych w zależności od agregatora danych, lecz kierunek pozostaje wspólny: rynek testuje wyższe poziomy i sprawdza, jak duży jest apetyt na kontynuację ruchu w górę. Jeżeli weekend zamkniemy bez „złamania” 4 200 USD, rośnie prawdopodobieństwo, że od poniedziałku kolejny temat dnia będzie brzmiał: 4 300–4 400 USD i co dalej. Dopiero naruszenie tej ramy w dół, połączone ze spadającymi obrotami, postawiłoby znak zapytania nad całą konstrukcją wybicia.

Na koniec liczby, które w tym tekście padały, warto jeszcze raz zinterpretować. Kiedy mówimy „ETH ok. 4 236–4 238 USD”, mamy na myśli odczyty „na żywo” z największych rynkowych serwisów, których metodologia różni się co do składu źródeł i wagi poszczególnych giełd; stąd drobne wahania. Kiedy mówimy „ok. 15 200–15 300 zł”, mamy na myśli po prostu to samo, ale w złotym – a więc przemnożony kurs USD-owy przez bieżącą wycenę dolara do PLN albo gotowe pary ETH/PLN z krajowych i globalnych rynków. W obu przypadkach trend wzrostowy z ostatnich dni jest wyraźny i spójny, co ma znaczenie większe niż dowolny „fix” z jednej platformy. I niezależnie od tego, czy ktoś dziś stawia na długą pozycję, czy zabezpiecza zyski, trudno kwestionować sam fakt, że love story pomiędzy kapitałem a etherem właśnie doczekało się kolejnego, donośnego rozdziału.

Najkrótsza odpowiedź na pytanie z tytułu? To, co dalej po przebiciu 4 200 dolarów i 15 000 zł, zależy od trzech rzeczy: trwałości napływów do ETF-ów, kondycji rynku kasowego i tego, czy weekend nie uruchomi spirali dźwigni na pochodnych. Jeśli choć dwa z tych trzech filarów pozostaną solidne, byki mają argumenty, by naciskać dalej. Jeśli któryś zawiedzie, rynek zrobi krok w tył – ale to nie przekreśla większej opowieści, w której ether, krok po kroku, zdobywa finansowy mainstream i realne zastosowania poza czystą spekulacją. I właśnie ta opowieść, bardziej niż dzisiejsze wartości na piątym miejscu po przecinku, wydaje się dzisiaj najważniejsza.