Teza ta bowiem dotyczy dłuższej przyszłości, rzędu nawet tygodni czy miesięcy, zależnie od tego, czy rynek będzie dyskontował październikowy, czy dopiero grudniowy termin podwyżki stóp dolarowych w USA.
W istocie spodziewamy się, że jeśli Fed się zdecyduje na zacieśnienie polityki, to dopiero w grudniu. Obecnie sytuacja znów jest napięta. Po pierwsze, Chiny – słaby odczyt przemysłowego PMI, a pośrednio przez to przeceny spółek wydobywczych na różnych rynkach. Po drugie, kłopoty europejskich firm motoryzacyjnych z VW na czele – które same w sobie nie byłyby może aż tak istotne dla rynku walut, ale są pośrednio, jako że obniżają indeksy giełdowe. Dziś DAX i CAC40 znów są na minusie. A to oznacza wzrost awersji do ryzyka, to zaś skutkuje zamykaniem carry-trade finansowego w euro i spadkiem zaufania do dolara. Stąd też i wzrost EUR/USD, który wcale nie oznacza – jak to bywało hen, dawno, dawno temu – "dobrych nastrojów".
W USA dane o zamówieniach na dobra trwałego użytku wpisały się w prognozę -2 proc. m/m. W zamówieniach na dobra liczone bez środków transportu jest słabiej od prognozy – czyli 0 proc. m/m (liczono na +0,2 proc.).
Złoty w słabej formie
Ogólne nastroje są takie, że taka waluta jak złoty, w naturalny sposób raczej traci. No dobrze: na USD/PLN mamy w sumie lepsze poziomy niż niedawne maksima, bo schodzimy do 3,7640. Wydawałoby się jednak, że przy dość znacznej podwyżce eurodolara ruch powinien być silniejszy. Tym bardziej więc na EUR/PLN nie ma co dziś liczyć na specjalnie dobre możliwości kupna euro. Oto bowiem kurs wykraczał dziś solidnie ponad 4,23, co w dalszej perspektywie uprawnia nawet do myślenia o poziomach rzędu 4,2650-60. Nie jest to jednak jakieś piorunujące ryzyko, choć takie były sierpniowe szczyty. W gruncie rzeczy jest nawet możliwe, że jutro czy na początku przyszłego tygodnia złoty trochę zyska, ale raczej w obrębie długoterminowego trendu zwyżkowego, zaczętego w drugiej połowie kwietnia. To oznaczałoby korekty w rejon 4,20 – 4,21.