Analizując dane cząstkowe, produkcja w strefie euro w marcu powróciła do spadków, wymazują skromne zyski z poprzednich dwóch miesięcy, a kwiecień wcale nie zapowiada się lepiej. W raporcie uderza silny spadek zamówień przemysłowych, jak również wzrost kosztów produkcji wywołany wysokimi cenami ropy. W efekcie firmy zapowiadają ograniczanie zatrudnienia w celu kontroli kosztów, co prowadzi do najszybszego od dwóch lat spadku zatrudnienia. Potwierdzenie tej tendencji przyszło w poniedziałek z unijnego biura statystycznego, według którego w lutym bezrobocie w Eurolandzie wzrosło do 10,8 proc., co jest najwyższym odczytem od czerwca 1997 r. Na tle innych krajów negatywnie wyróżniają się Hiszpania z rekordowym bezrobocie w wysokości 23,6 proc., oraz Francja, gdzie koniunktura w przemyśle jest najgorsza od 33 miesięcy. Z całego zestawu poniedziałkowych danych wyłania się smutny obraz europejskiej gospodarki, która najprawdopodobniej skurczyła się w pierwszym kwartale 2012 r. (co oznacza techniczną recesję po spadku o 0,3 proc. w czwartym kwartale ub. r.), ale także nie odnotuje wzrostu gospodarczego w ciągu najbliższych trzech miesięcy.

Teoretycznie tak negatywne dane powinny przynieść spadki indeksów giełdowych i ogólną ucieczkę od ryzykownych aktywów. Wstępna reakcja Europy rzeczywiście taka była, a przecena na europejskich parkietach wynosiła 1-2 proc. Brak jednak było poruszenia na rynku walutowym (euro było stabilne, nie zaobserwowano odpływu kapitału do bezpiecznego dolara, jena, czy franka), co świadczyło o względnie spokojnej reakcji inwestorów. Sytuacje na koniec dnia wyjaśniły dane z USA. Tamtejszy odpowiednik indeksu PMI, indeks ISM, wzrósł w marcu do 53,4 pkt. z 52,4 pkt. w lutym, podkreślając siłę ożywienia amerykańskiej gospodarki i wyraźnie odcinając się od problemów na Starym Kontynencie. Kontrast z Europą podkreślił wzrost komponentu odpowiedzialnego za zatrudnienie, co dobrze wróży przed piątkowymi, oficjalnymi danymi o zmianie zatrudnienia w marcu. Ten jeden raport wystarczył, aby poprawić humory inwestorów i przekuć wcześniejsze spadki w przeszło 1-procentowe wzrosty. Kolejny raz rynki finansowe pokazują wybiórczość w przywiązywaniu uwagi do danych makroekonomicznych, silniej reagując na jedne raporty, a tymczasem inne ostatecznie ignorując. Bo jak inaczej interpretować wczorajsze zachowanie, skoro w tym samym czasie co indeks ISM na rynek trafił bardzo słaby raport o wydatkach na inwestycje budowlane, które skurczyły się w lutym o 1,1 proc. po spadku o 0,8 proc. w styczniu. Optymizm niewątpliwie dominuje wśród nastrojów (choć można też zastanawiać się, ile w tym przedświątecznego spadku aktywności) i na razie bardzo trudno o jego zachwianie.