Tego typu dynamiczne odbicie nie będzie oznaczało końca bessy. Jest jedynie szansa, że wyprzedawane bez opamiętania akcje ustanowią swoje minima w trendzie spadkowym, a dopiero w kolejnej fali zniechęcenia, stabilizacji i ewentualnego częściowego poprawiania dołków zaczną się ruchy akumulacyjne będące podstawą do nowej hossy.

Ostatnie dni pokazały, że prognozowanie ruchów naszego rynku jest bardzo trudne. W sytuacji gdy rynek bazowy czyli rynek amerykański utrzymywał się powyżej minimum z 10 października, niektóre światowe indeksy nieco zaskakująco spadały dalej. Jednym z tych rynków jest GPW – być może dołek z 10 października okaże się być minimum na giełdach rozwiniętych, u nas jak widać nie.

Inwestorzy zastanawiający się skąd bierze się relatywna słabość naszego rynku w ostatnich dniach w porównaniu do głównych indeksów europejskich i amerykańskich, częściową odpowiedź będą mogli otrzymać dopiero w listopadzie, gdy zostanie podliczona skala umorzeń w TFI. Prawdopodobnie będzie ona najwyższa od stycznia. Dodatkowo, jak pokazała np. ostatnia sesja piątkowa, z naszego regionu wycofywany jest kapitał zagraniczny, który jest gotów z wszelką cenę wyprzedawać aktywa w Czechach, Polsce czy na Węgrzech. Takiego ciężaru nie są w stanie udźwignąć nawet obfite w gotówkę OFE.