Na warszawskiej giełdzie uwagę przyciąga przede wszystkim zachowanie największych spółek. WIG20 pozostaje bardzo wrażliwy na to, co dzieje się na szerokim rynku europejskim – zwłaszcza na DAX-ie i CAC 40 – oraz na sygnały z rynku długu. Inwestorzy cały czas ważą dwie siły: z jednej strony relatywnie przyzwoite perspektywy krajowej gospodarki i napływ kapitału zagranicznego do polskich aktywów, z drugiej – obawę, że globalny klimat dla ryzyka może się szybko pogorszyć, jeśli kolejne odczyty inflacji i dane z USA zaskoczą w górę. Obroty na GPW są przyzwoite, ale daleko im do sesji, kiedy napływał „świeży” kapitał spekulacyjny; dominują raczej ruchy inwestorów instytucjonalnych pilnujących ekspozycji sektorowej.
W tle wciąż ważna jest narracja dotycząca polskich stóp procentowych i inflacji. Rynek z coraz większą uwagą śledzi wypowiedzi członków RPP – każde wzmocnienie lub osłabienie oczekiwań co do ścieżki stóp szybko odbija się na wycenie spółek wrażliwych na koszt finansowania, jak deweloperzy czy sektor detaliczny. Dla wielu uczestników rynku kluczowe jest pytanie, czy GPW będzie w stanie kontynuować relatywną siłę wobec regionu, jeśli globalne indeksy wejdą w fazę głębszej korekty.
Na Wall Street w centrum zainteresowania pozostaje NYSE i główne indeksy amerykańskie. S&P 500 i Dow Jones od dłuższego czasu poruszają się w otoczeniu, w którym każda nowa porcja danych z gospodarki USA natychmiast przekłada się na wycenę przyszłych decyzji Fed. Technologiczny Nasdaq nadal jest najbardziej wrażliwy na zmiany wycen spółek growth i big tech – sektor, który przez ostatnie lata pchał indeksy w górę, ale który jednocześnie bywa najszybciej „karany”, gdy rosną rentowności obligacji lub pojawiają się obawy o przewartościowanie.
Na rynku coraz wyraźniej widać podział pomiędzy inwestorami, którzy traktują każdy spadek jako okazję do domknięcia niedoważenia w akcjach, a tymi, którzy uważają, że po mocnym odbiciu z poprzednich dołków lepiej jest trzymać większy udział gotówki i krótkoterminowych instrumentów dłużnych. Ten rozdźwięk dobrze pokazuje obecny charakter sesji: większe ruchy często pojawiają się dopiero po publikacjach danych lub wypowiedziach decydentów, a „między” rynki zdają się krążyć wokół kluczowych poziomów technicznych.
W Europie zachodniej głównym barometrem nastrojów pozostaje niemiecki DAX. Indeks ten od lat jest traktowany jako synteza kondycji przemysłowej części strefy euro, dlatego reakcje na dane o produkcji, zamówieniach czy eksporcie bywają silniejsze niż w przypadku innych rynków. Obecnie inwestorzy z jednej strony widzą sygnały stabilizacji, z drugiej – nie mają jeszcze przekonania, że gospodarka niemiecka wraca na ścieżkę dynamicznego wzrostu. To sprawia, że DAX jest podatny zarówno na pozytywne niespodzianki (szybkie podbicia), jak i na cofnięcia, gdy sentyment do aktywów ryzykownych minimalnie się pogarsza.
Francuski CAC 40 żyje trochę innym zestawem tematów – dużą wagę mają tu wyniki największych spółek z sektorów luksusu, przemysłu i finansów oraz sytuacja polityczno-fiskalna Francji. W ostatnich miesiącach rynek kilkukrotnie reagował nerwowo na dyskusje wokół zadłużenia publicznego, ale jednocześnie korzystał z okresów, gdy uwaga globalnych inwestorów znów przesuwała się na spółki o stabilnych przepływach i globalnych markach. Wspólnym mianownikiem dla DAX-a i CAC-a jest wrażliwość na komunikaty EBC – każde przesunięcie oczekiwań co do stóp procentowych w eurolandzie natychmiast odbija się na wycenach banków oraz sektora nieruchomości.
Na rynkach azjatyckich obraz jest bardziej zróżnicowany. Japoński Nikkei 225 od dłuższego czasu pozostaje w centrum uwagi ze względu na połączenie ultrałagodnej polityki Banku Japonii z napływem zagranicznego kapitału, który szukał ekspozycji na tamtejsze spółki przemysłowe, technologiczne i eksportowe. Dylemat jest prosty: z jednej strony tanie finansowanie i słaby jen wspierały wyniki eksporterów, z drugiej – każdy sygnał możliwej zmiany kursu BoJ wywołuje dyskusję o potencjalnym końcu tej epoki.
W Chinach sytuacja jest bardziej skomplikowana. Główne indeksy w Szanghaju i Shenzhen od dłuższego czasu balansują między oczekiwaniami na silniejsze wsparcie gospodarki przez władze a realnymi problemami strukturalnymi, zwłaszcza w sektorze nieruchomości i finansów lokalnych. Inwestorzy zagraniczni często traktują chiński rynek jako źródło zarówno okazji, jak i podwyższonego ryzyka polityczno-regulacyjnego, co przekłada się na ostrożniejsze podejście niż dekadę temu.
Na tym tle wyróżniają się giełdy w Hongkongu i innych częściach regionu, które coraz częściej przyciągają uwagę jako miejsce ekspozycji na Azję z nieco mniejszą dawką ryzyka związanego z kontynentalnymi regulacjami. Indeksy te wciąż jednak silnie reagują na globalny apetyt na ryzyko, a każda większa fala niepewności na Wall Street zwykle szybko rozlewa się na rynki azjatyckie.
Wspólnym mianownikiem dla wszystkich wymienionych parkietów – od GPW, przez DAX i CAC, po NYSE i giełdy azjatyckie – jest dziś jedno: dominacja tematu stóp procentowych i inflacji. Dopóki inwestorzy nie zobaczą wyraźniejszej, wspólnej ścieżki dla głównych banków centralnych, dopóty rynki akcji będą pozostawały w trybie „tu i teraz”, reagując na każdy odczyt i każdą konferencję prasową. To nie wyklucza silnych ruchów w jedną czy drugą stronę, ale sprawia, że coraz trudniej budować długoterminowe scenariusze bez założenia szerokiego marginesu błędu.
Na razie więc globalne indeksy przypominają uczestników maratonu, którzy zamiast sprintu wolą oszczędzać siły, obserwując, jak będzie układał się kolejny fragment trasy. A inwestorzy indywidualni i instytucjonalni – niezależnie od tego, czy patrzą na WIG20, DAX, S&P 500 czy Nikkei – próbują odpowiedzieć sobie na to samo pytanie: czy to wciąż tylko dłuższy przystanek w hossie, czy może zapowiedź bardziej wymagającego odcinka, w którym odporność na zmienność będzie ważniejsza niż pogoń za każdym ruchem indeksu.