Ten gwałtowny ruch w dół nie jest jednak „magiczny” ani tajemniczy – za spadkiem o około 25% stoi splot kilku bardzo konkretnych czynników: tła makroekonomicznego, przepływów kapitału przez ETF-y, masowego delewarowania rynku po stronie derywatów oraz realizacji zysków przez długoterminowych posiadaczy BTC. Żeby to zrozumieć, warto patrzeć równocześnie na liczby w USD i w PLN, bo dla inwestora z Polski liczy się nie tylko to, ile kosztuje 1 BTC, ale też co dzieje się z kursem dolara do złotego. W 2025 r. ten drugi czynnik jest akurat stosunkowo spokojny – USD/PLN krąży w okolicach 3,6–3,7 – więc większość bólu cenowego Polacy odczuwają w praktycznie tej samej skali, co rynek dolarowy.
Na czym dokładnie polega „25% spadek” w tym roku? Z technicznego punktu widzenia mówimy o ruchu od rejonów 126 tys. USD – nowego ATH z początku października – do lokalnych dołków w strefie 92–94 tys. USD, gdzie Bitcoin znalazł się w połowie listopada. W złotówkach ta droga wygląda bardzo podobnie: szczyty w Polsce przypadały na okolice 450 tys. zł za 1 BTC, a obecnie widzimy poziomy rzędu 340–350 tys. zł. Dla kogoś, kto pierwszy raz kupił Bitcoina „bo przekroczył 100 tys. USD” albo „bo kosztował ponad 400 tys. zł”, ten zjazd jest klasycznym doświadczeniem w stylu: euforia, a potem bardzo bolesne otrzeźwienie.
Pierwsza warstwa tej historii to globalne tło makroekonomiczne. Po bardzo mocnym 2024 r. i wejściu Bitcoina w 2025 r. z okolic 100 tys. USD rynek żył narracją: „nadchodzą obniżki stóp procentowych, dolar się osłabi, aktywa ryzykowne – w tym krypto – dostaną drugi oddech”. Sęk w tym, że rzeczywistość okazała się znacznie mniej łaskawa. Inflacja wciąż nie wróciła wszędzie do komfortowych poziomów, banki centralne sygnalizowały ostrożność, a w USA komunikaty z Fedu coraz częściej brzmiały: „obniżki być może, ale na pewno nie szybko i nie w wielkiej skali”. Dodatkowo, 2025 r. przyniósł nowe rundy napięć handlowych – w tym głośne podniesienie ceł na import z Chin – co wywołało szeroką falę risk-off na rynkach, obejmując także krypto.
W praktyce oznacza to, że część kapitału, który jeszcze wiosną szukał agresywnych zysków w Bitcoinie, zaczęła odpływać do bezpieczniejszych aktywów – przede wszystkim do amerykańskich obligacji skarbowych i depozytów dolarowych, gdzie można dziś dostać sensowny, niemal „bezryzykowny” kupon, zamiast mierzyć się z 25–30-procentową zmiennością w kilka tygodni. Dla inwestora w złotówkach ten wybór też staje się realny: jeżeli USD/PLN stoi w miejscu, a oprocentowane instrumenty w dolarze lub w złotym oferują realne zyski, to trzymanie dużego pakietu BTC przestaje być oczywistym „must-have”, staje się raczej świadomą decyzją o akceptacji bardzo wysokiego ryzyka.
Druga warstwa to nagła zmiana nastroju, wywołana konkretnymi, gwałtownymi wydarzeniami. W lutym 2025 r. Bitcoin zaliczył największą miesięczną stratę od 2022 r. – około 17,5% – po tym, jak ogłoszono kolejną falę ceł oraz doszło do dużego hacku na jednej z giełd. Jeszcze bardziej spektakularne było jednak to, co stało się jesienią: po serii politycznych zawirowań i groźbie wojny handlowej z Chinami rynek zanotował ogromną falę likwidacji lewarowanych pozycji – analizy mówią o intraday spadkach średnio rzędu kilkudziesięciu procent na altcoinach i największej „kaskadzie” zleceń stop-loss oraz margin call od czasu krachu w 2022 r. To właśnie wtedy Bitcoin ustanowił rekord w okolicach 126 tys. USD… tylko po to, by w ciągu kilku tygodni spaść do dzisiejszych poziomów.
Kluczem do zrozumienia tej dynamiki jest dźwignia finansowa – ogromna część rynku Bitcoina to kontrakty futures i perpetual, gdzie wielu inwestorów gra na kredyt, co przy nagłym tąpnięciu zamienia się w lawinę przymusowych sprzedaży i „zjadania” kolejnych poziomów wsparcia. Gdy rynek jest spokojny, lewar podbija cenę w górę, ponieważ duża część nowych dolarów to tak naprawdę pożyczone środki, a nie świeży kapitał. Kiedy jednak następuje nagły szok – na przykład tweet prezydenta o 100-procentowych cłach czy jastrzębie wystąpienie szefa banku centralnego – mechanizm działa w drugą stronę: cena spada, giełdy zaczynają likwidować przelewarowane pozycje, a każda kolejna fala likwidacji pcha kurs jeszcze niżej. W PLN wygląda to identycznie, tylko skala zapisana jest w innych liczbach: z 450 tys. zł do okolic 340 tys. zł – a na derywatach ruch jest często dodatkowo spotęgowany.
Trzecia, ogromnie ważna warstwa to fundusze ETF na Bitcoina. 2024 i pierwsza połowa 2025 r. upłynęły pod znakiem euforii wokół ETF-ów spot, które pozwoliły dużym i małym inwestorom kupować ekspozycję na BTC z poziomu zwykłego rachunku maklerskiego. Rekordowe napływy – pojedyncze dni z ponad 1,2 mld USD netto kupionym przez ETF-y – były jednym z głównych motorów drogi na nowe szczyty. Problem w tym, że dokładnie ten sam mechanizm działa w drugą stronę: gdy fala entuzjazmu słabnie, ETF-y zaczynają notować rekordowe odpływy – w ostatnich tygodniach mieliśmy do czynienia z tygodniami, w których z produktów spot wyparowało ponad 1–1,2 mld USD, a pojedyncze dni przyniosły blisko 870 mln USD netto wypłat, co stanowi drugi największy dzienny odpływ w historii tych funduszy.
Te odpływy zbiegły się w czasie z ruchem ceny z okolic 117 tys. USD w dół, aż w okolice 92 tys. USD, co pokazuje, że ETF-y przestały być „odkurzaczem” zbierającym podaż z rynku, a chwilowo stały się jej źródłem. Z perspektywy polskiego inwestora oznacza to, że nie tylko „ktoś sprzedaje na rynku krypto”, ale konkretnie: duże instytucje, które wcześniej przez ETF-y pompowały kurs, teraz częściowo zamykają pozycje, wpychając cenę w dół zarówno w USD, jak i w PLN. W przeciwieństwie do typowych ruchów detalicznych tu mówimy o setkach tysięcy BTC w obiegu w relatywnie krótkim czasie.
Warto dodać, że dane z rynku on-chain oraz analizy domów maklerskich pokazują jednoczesny wzrost sprzedaży ze strony długoterminowych posiadaczy – mówi się o kilkuset tysiącach BTC upłynnionych od lata 2025 r., przy czym w samych ostatnich 30 dniach część raportów wskazuje na realizację zysków rzędu ponad 800 tys. BTC. To nie jest kapitulacja małych spekulantów – to raczej sytuacja, w której inwestorzy siedzący w Bitcoinie od dawna, często z olbrzymimi, kilkusetprocentowymi zyskami, postanowili „zdjąć trochę żetonów ze stołu”, gdy kurs przekraczał po raz kolejny sześciocyfrowe poziomy w dolarze. Zwraca uwagę, że tym razem ich sprzedaż nie nastąpiła wyłącznie „w euforii na górce”, ale przesunęła się także na spadkową fazę rynku – co może świadczyć o rosnącej dojrzałości tych graczy, którzy reagują bardziej na dane makro i strukturę rynku niż na same wykresy.
Z punktu widzenia kogoś inwestującego w złotych szczególnie ciekawie wygląda porównanie ścieżki cenowej BTC w USD i w PLN. Gdy dolar jest silny, część spadku w Bitcoinie może zostać w złotówkach zamortyzowana – kurs BTC/USD idzie w dół, ale USD/PLN w górę, więc w przeliczeniu na złotówki strata wygląda nieco łagodniej. W 2025 r. mamy jednak sytuację odwrotną: USD/PLN porusza się w stosunkowo wąskim przedziale, a złoty nie notuje dramatycznej przeceny względem dolara, więc ruch z 126 tys. USD na 92 tys. USD przekłada się niemal 1:1 na ruch z około 450 tys. zł do 340–350 tys. zł. Innymi słowy: polski inwestor w 2025 r. nie ma „pocieszenia” w postaci słabej złotówki – ból 25-procentowej korekty w dolarze jest niemal dokładnie tym samym bólem w złotówkach.
Dochodzi do tego psychologia poziomów cenowych. Okolice 100 tys. USD stały się globalną „magiczna barierą” – powyżej niej zaczęło się FOMO, poniżej niej wielu inwestorów odczuwa już „poczucie porażki”. Dla polskiej wyobraźni podobną rolę pełnił poziom ~400 tys. zł za 1 BTC: to liczba, która działa na wyobraźnię, wygląda jak „poważne, duże pieniądze” i często staje się impulsem do wejścia na rynek. Gdy rynek zjeżdża spod 450 tys. zł do 340 tys. zł, wielu świeżych kupujących doświadcza mieszanki wstydu („dałem się złapać na górce”) i strachu („czy to już bessa?”), co sprzyja panicznej sprzedaży zamiast spokojnego zarządzania ryzykiem.
Ciekawy jest też rozdźwięk w interpretacji obecnej sytuacji przez analityków. Część komentatorów mówi otwarcie o końcu hossy i wejściu w nową, wielomiesięczną bessę, argumentując to m.in. spadkiem popytu ze strony ETF-ów, malejącą liczbą nowych adresów i ochłodzeniem nastrojów na rynku technologii oraz AI, z którymi Bitcoin był w 2025 r. silnie skorelowany. Z drugiej strony pojawiają się raporty dużych domów inwestycyjnych, które obecny ruch opisują bardziej jako „zdrową korektę” niż koniec cyklu – wprost podkreślając, że około 25-procentowy zjazd z rekordowych poziomów jest w historii Bitcoina czymś całkowicie normalnym i mieści się w granicach typowej zmienności w środku hossy.
Zwraca się uwagę, że dotychczasowa maksymalna obsunięcie od październikowego ATH to w ujęciu dziennych zamknięć kilkanaście–kilkadziesiąt procent w zależności od przyjętej metodologii, podczas gdy w poprzednich cyklach bywały 30–40-procentowe spadki w kilka tygodni, po których rynek wracał do wzrostów i bił kolejne rekordy. Oczywiście historia nie musi się powtarzać co do joty, ale wielu specjalistów widzi w obecnym ruchu raczej „przegrzanie i schłodzenie” niż definitywny szczyt wieloletniego trendu. Takie podejście – jakkolwiek bardziej optymistyczne – nie zmienia jednak faktu, że dla kogoś, kto wszedł na rynek w złotówkach przy okolicach 430–450 tys. zł za BTC, strata jest bardzo realna i bolesna.
Patrząc do przodu, warto zadać sobie pytanie: co może zadecydować, czy spadek o 25% okaże się tylko korektą, czy początkiem czegoś większego? Po pierwsze, ścieżka polityki pieniężnej: jeżeli Fed i inne banki centralne zaczną faktycznie obniżać stopy w bardziej zdecydowany sposób, apetyt na ryzyko może wrócić, a kapitał z obligacji znów popłynąć w stronę aktywów takich jak Bitcoin. Po drugie, zachowanie ETF-ów: czy obecne tygodnie odpływów to tylko „przeczyszczenie” portfeli po dynamicznym rajdzie, czy początek dłuższego trendu wycofywania się instytucji z krypto? Po trzecie, czynniki geopolityczne – taryfy, napięcia handlowe, potencjalne regulacje – które w ostatnich kwartałach niejednokrotnie stawały się bezpośrednim wyzwalaczem dużych świec na wykresie.
Z perspektywy inwestora w PLN kluczowe jest jednak co innego: 25-procentowy spadek w tak krótkim czasie przypomina, że Bitcoin – niezależnie od narracji o „cyfrowym złocie” – pozostaje aktywem o zmienności nieporównywalnie wyższej niż akcje, obligacje czy większość tradycyjnych ETF-ów i że każdy, kto wchodzi na ten rynek, powinien wliczyć w koszty tego typu ruchy. Jeśli ktoś ma w portfelu tylko niewielki procent w BTC, taki spadek jest nieprzyjemny, ale nie katastrofalny; jeżeli jednak ktoś zaciągnął kredyt w złotówkach, sprzedał mieszkanie albo zainwestował większość oszczędności „bo rośnie”, to 25% w dół bywa finansowym i psychicznym trzęsieniem ziemi. W tym sensie obecny rok jest brutalną, ale cenną lekcją zarządzania ryzykiem.
Najrozsądniejszą reakcją na taki ruch nie jest zwykle ani paniczna sprzedaż na dołku, ani heroiczne „dokupowanie za wszystko”, lecz chłodna analiza własnej strategii: jaki procent majątku chcę mieć w BTC, na jaki horyzont czasowy, przy jakim maksymalnym akceptowalnym obsunięciu i z jaką świadomością, że kurs w złotówkach może w kilka tygodni zmienić się z 450 tys. na 330 tys. i odwrotnie. Obecny spadek to test dojrzałości całego rynku: ETF-y pokazują, że instytucje są gotowe zarówno pompować, jak i spuszczać powietrze; derywaty – że dźwignia potrafi wzmocnić każdy ruch; a dane on-chain – że nawet „diamentowe ręce” czasem sprzedają. Zadaniem indywidualnego inwestora jest odnaleźć się w tym krajobrazie tak, by nie stać się ofiarą czyjejś strategii, tylko konsekwentnie realizować własną.
Za 25-procentowym spadkiem Bitcoina w 2025 r. nie stoi jeden prosty powód, lecz cała układanka – od twardych danych makro, przez przepływy miliardów dolarów w ETF-ach i masowe delewarowanie rynku, aż po czysto ludzką psychologię strachu i chciwości – a zrozumienie tej układanki, w przeliczeniu zarówno na USD, jak i na złotówki, jest najlepszą ochroną przed tym, by kolejne takie 25% w dół nie zaskoczyło nas całkowicie nieprzygotowanych.