Spadki te przełożyły się na spadek indeksu AHI o 1,14 proc., nie pozwala na zbyt duży optymizm. Nawet pomimo tego, że giełdy w Azji wybroniły się przed przeceną, a tokijski Nikkei zakończył dzisiejsze notowania nawet 0,8 proc. wzrostem.
Niepewność co do dalszego rozwoju sytuacji na światowych rynkach akcji, powinna w czwartek przełożyć się na stabilizację polskich indeksów na niewielkich minusach. Większego wpływu na notowania nie powinny mieć dzisiejszej decyzję Banku Anglii i Europejskiego Banku Centralnego ws. stóp procentowych, jak również popołudniowe dane z amerykańskiego rynku pracy oraz nieruchomości.
Środowa sesja, którą polska giełda rozpoczęła od zdecydowanej wyprzedaży, a zakończyła na małych plusach, to kolejny sygnał, że strach przed bessą ustąpił miejsce oczekiwaniom kontynuacji wzrostowej korekty. Można odnieść wrażenie, że w wielu inwestorach dojrzało przeświadczenie, że osiągnięte w poprzednim miesiącu minima kursów bardzo dużej grupy spółek, są atrakcyjnymi poziomami do zakupów. Jednocześnie należy wyrazić wątpliwość, czy Polacy, nawet w przypadku dalszych spadków na świecie, ponownie zaczną masowo umarzać jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, co było jednym z głównych źródeł styczniowej paniki.
Dlatego o ile w dalszej części roku spadki prawdopodobnie jeszcze wrócą, a indeksy przetestują styczniowe minima, to w najbliższych tygodniach, nie tylko jest mało realne przełamanie wspomnianych minimów, ale nawet i powrót do nich. Wydaje się, że jedynie gwałtowne załamanie światowych rynków akcji, byłoby w stanie taki powrót zapewnić. To natomiast, w sytuacji gdy większość czarnych scenariuszy jest już w cenach (zwłaszcza ten dotyczący recesji w USA), nie jest już tak prawdopodobne jak w styczniu.