Takie otwarcie, które powinno być również udziałem rynku kasowego, nie zaskakuje w sytuacji, kiedy poniedziałek przyniósł wyraźne spadki na Wall Street (DJIA -0,77 proc.; S&P500 -0,84 proc., Nasdaq Composite -0,91 proc.), które następnie były kontynuowane przez giełdy azjatyckie (np. Nikkei -1,27 proc.).
Prawdopodobne początkowe spadki na warszawskiej giełdzie nie muszą oznaczać silnej przeceny na koniec dnia. Po pierwsze dlatego, że nastroje na GPW, podobnie jak na świecie są wciąż dobre. Są to nastroje co najwyżej "korekcyjne", a nie jest to strach przed posiadaniem akcji w portfelu. Po drugie o losach dzisiejszej sesji ostatecznie będą decydować dane makroekonomiczne i wyniki kwartalne spółek. Dziś zostanie opublikowany m.in. niemiecki indeks koniunktury instytutu ZEW (godz. 11:00; prognoza: -22 pkt.), dynamika produkcji przemysłowej w USA (godz. 15:15; prognoza: 0,1 proc.) oraz wyniki Johnson & Johnson.
Sytuacja techniczna na wykresie WIG20 aktualnie nie ostrzega przed możliwością silnych spadków. W dalszym ciągu więc lipcowy rekord wszech czasów na poziomie 3919,10 pkt. jest w zasięgu ręki. Dopiero spadek indeksu dużych spółek o około 4 proc. zmieniłby układ sił na bardziej preferujący stronę podażową. Taki spadek wymagałby jednak silnie negatywnych impulsów z światowych rynków akcji, ze szczególnym uwzględnieniem Wall Street. Na chwilę obecną wydaje się to mało realne.