Dzisiejsza przecena indeksu dużych spółek, która sprowadziła go do poziomu 2445,11 pkt., to najmocniejsze tąpnięcie od 17 marca, gdy WIG20 spadł o 3,5 proc. Tamten spadek kończył spadki. Czy teraz może być podobnie? To wszystko zależy tylko i wyłącznie do sytuacji na Wall Street. Polski rynek akcji, ze szczególnym wskazaniem na największe spółki, spadając od prawie dwóch miesięcy w ramach jednej fali wyprzedaży, jest już gotowy do wzrostowego odbicia. Sygnał musi jednak przyjść z Wall Street. To bowiem tam kreowane są trendy na większości globalnych rynków akcji. I musi to być silny, techniczno-fundamentalny sygnał. Inaczej nie ma co liczyć na silniejsze spadki.

Gdyby oceniać obecną sytuację warszawskiej giełdy tylko przez pryzmat analizy technicznej, to pomijając silne wyprzedanie, które jest jedynym orężem strony popytowej, to należy obawiać się dalszych spadków. Tak bowiem należy traktować dzisiejszy spadek indeksu WIG20 i przełamanie szerokiej bariery popytowej 2449-2553 pkt. Strefę tę tworzy minimum z 13 czerwca 2006 roku (2449,79 pkt.), 50 proc. zniesienie wzrostów październik 2001-październik 2007 (2460 pkt.), ustanowiony 10 marca 2002 roku szczyt hossy internetowej, a jednocześnie szczyt z tego okresu na wykresie WIG20 w kompresji tygodniowej (2481,80 pkt.), psychologiczny poziom 2500 pkt. (a jednocześnie poziom wyznaczony przez minimalny zakres spadków będących następstwem czerwcowego wybicia WIG20 z 4-miesięcznego trendu bocznego), dołek z 14 czerwca 2006 roku (2536,93 pkt.) oraz dołek z czerwca 2006 roku na wykresie tygodniowym (2553,32 pkt.).

Jeżeli do tego dodać czarną świecę na wykresie dziennym oraz otwartą dziś lukę bessy (jej podażowy charakter znacznie został złagodzony przez górny cień dzisiejszej świecy), to sytuacja robi się dla posiadaczy nieciekawa. Zważywszy jednak na ciężar gatunkowy dziś wygenerowanego sygnału sprzedaży, z ostatecznymi wnioskami bezpieczniej wstrzymać się do ewentualnego jutrzejszego potwierdzenia tak wygenerowanego sygnały.