Około godziny 08:30 w Warszawie wyceny wyglądały następująco: USD/PLN 3,6269, EUR/PLN 4,2485, CHF/PLN 4,5482, GBP/PLN 4,8638. Na szerokim rynku złoto po początkowym zjeździe stabilizowało się, a kontrakty na główne indeksy akcyjne sugerowały, że sentyment „risk-on” wraca, choć bez euforii typowej dla jednoznacznie przełomowych informacji.

Trzon weekendowych ustaleń jest prosty i – w krótkim terminie – przewidywalny dla wycen aktywów. Po stronie celnej strony przyjęły rozwiązanie „środka drogi”, w którym kluczowe kategorie towarowe z Europy wjeżdżające do USA będą objęte nową, jednolitą stopą. W komunikatach akcentowano, że najważniejsza jest stabilność zasad na kolejne miesiące, a nie zwycięstwo jednej ze stron w twardej licytacji. W języku rynków oznacza to przywrócenie elementarnej przewidywalności w transatlantyckim przepływie dóbr i kapitału, a więc i w wycenach par walutowych, które przez ostatnie tygodnie żyły plotkami o eskalacji taryf i potencjalnym odwrocie deglobalizacyjnym.

Najgłośniejszym elementem układanki jest bazowa stawka celna 15%, która ma objąć m.in. segment motoryzacyjny i część farmaceutycznego, przy utrzymaniu zasady „zero za zero” w lotnictwie oraz na wybranych kategoriach surowców i chemikaliów. Z punktu widzenia biznesu w Europie ważne jest odsunięcie groźby wyższych taryf od 1 sierpnia, które mogłyby szybko przełożyć się na koszty i marże w branżach najbardziej zależnych od eksportu do Stanów Zjednoczonych. Nie oznacza to jednak, że cała sprawa została domknięta – wciąż pozostają do doprecyzowania wyjątki sektorowe oraz harmonogram wygaszania najbardziej kontrowersyjnych pozycji.

Właśnie tu wchodzi w grę drugi, nie mniej istotny punkt porozumienia: europejskie zobowiązania po stronie realnych przepływów kapitału i towarów. W deklaracjach zapisano zwiększenie strumienia bezpośrednich inwestycji po stronie unijnej, z łączną kwotą rzędu setek miliardów dolarów, oraz skokowy wzrost zakupów energii ze Stanów Zjednoczonych w najbliższych latach. Mówiąc krótko, świeży układ ma nie tylko chronić handel, ale też przekierować część wydatków na osi Atlantyku, co dla rynku walut oznacza istotną zmianę w bilansie popytu i podaży na USD. W praktyce nawet jeśli korporacje zabezpieczają transakcje terminowo, to i tak rośnie zapotrzebowanie na dolarową płynność w rozliczeniach kontraktów energetycznych oraz projektów inwestycyjnych.

Kolejnym, mocnym sygnałem regulacyjnym są cła na metale. Wbrew nadziejom przemysłu, stal i aluminium obłożone 50% pozostają na razie poza zakresem deeskalacji. Taki ruch, choć politycznie zrozumiały, może utrzymywać podwyższoną presję kosztową w części łańcuchów dostaw, a tym samym odbijać się na marżach europejskich producentów i na ich programach inwestycyjnych. Dla wycen walut to informacja o tyle ważna, że w warunkach podwyższonej niepewności firmy częściej budują nadwyżkowe bufory walutowe, co ogranicza gotowość do agresywnego zwiększania ryzyka po stronie rynków wschodzących.

W narracji politycznej obie strony nazywają układ sukcesem i to nieprzypadkowe. Na poziomie operacyjnym porozumienie kupuje czas: neutralizuje najbardziej bolesne scenariusze dla eksportu, jednocześnie otwierając przestrzeń do dyskusji o normach technicznych i wyłączeniach sektorowych. Z perspektywy rynków walutowych liczy się jednak nie tyle warstwa deklaracji, co bilans przepływów finansowych, a ten – przynajmniej na starcie – sprzyja dolarowi. Jeżeli europejskie zakupy surowców i projekty inwestycyjne wystartują szybko, popyt na USD w kanałach transakcyjnych wzrośnie, ograniczając krótkoterminowy potencjał wzmocnienia euro i walut regionu CEE.

Instrumenty pochodne na amerykańskie indeksy ruszyły w górę, co rynek interpretuje jako „wycenienie oddechu” po wielotygodniowym napięciu handlowym. Jednocześnie zmiana układu sił na głównej parze walutowej pozostaje stonowana: EUR/USD w paśmie 1,17–1,18 przy okresowym umocnieniu dolara to układ, który historycznie nie daje walutom rynków wschodzących trwałego paliwa do wzrostów bez dodatkowego bodźca lokalnego. Gdy dolar jest stabilny bądź lekko mocniejszy, a wyceny ryzykownych aktywów poprawiają się umiarkowanie, rynki CEE zwykle przechodzą w tryb konsolidacji, w którym znaczenie mają krótkie, techniczne fale przepływów.

Właśnie takie warunki widać na rynku PLN. O poranku inwestorzy widzieli, że USD/PLN otworzył się poniżej 3,60, by w kolejnych godzinach podejść w okolice wartości z piątkowego zamknięcia. W praktyce decydowała niska zmienność i brak impulsu z eurodolara. Z perspektywy obserwatorów rynku ważne jest to, co mówią liczby: USD/PLN przy 3,6269, EUR/PLN 4,2485, CHF/PLN 4,5482, GBP/PLN 4,8638 – zestawienie praktycznie tożsame z końcówką poprzedniego tygodnia. Dla importerów i eksporterów oznacza to tyle, że krótkoterminowe strategie zabezpieczeniowe nie wymagają dziś gwałtownych korekt, ale czujność zostaje podniesiona na wypadek nowych szczegółów implementacyjnych porozumienia oraz sygnałów z banków centralnych.

Na poziomie sektorowym największe westchnienie ulgi słychać w motoryzacji. Wariant bez „ekstra-ceł” na gotowe auta oddala ryzyko poważnej utraty konkurencyjności na rynku amerykańskim, choć branża wie, że nowe reguły po obu stronach Atlantyku mogą przynieść dodatkowe koszty zgodności. W farmacji obraz jest bardziej zniuansowany: choć część asortymentu wpisuje się w nowe, stabilne ramy, to część rozstrzygnięć zostanie przesunięta na kolejne tygodnie, a tym samym przenosi na rynek element niepewności. Chemikalia i surowce – poza wyłączonymi kategoriami – dostają warunki przewidywalne, ale nie idealne, zwłaszcza jeśli chodzi o potencjalne wymogi etykietowania, testów i certyfikacji.

Na rynkach finansowych liczy się też kalendarz banków centralnych. Uwaga inwestorów skupia się na przekazie władz monetarnych w USA i Japonii, bo to one – poprzez kanał różnic stóp procentowych – w największym stopniu modulują popyt na dolara i jena, a zatem globalny apetyt na ryzyko. Jeśli ton amerykańskiego banku centralnego pozostanie ostrożny i będzie sugerował, że cięcia stóp to raczej historia kolejnych kwartałów niż tygodni, wówczas dolar zachowa wsparcie, a EUR/USD będzie miał ograniczoną przestrzeń do umocnienia. Taki układ zwykle przekłada się na „rationale” konsolidacji w CEE i na utrzymywanie przez PLN niewielkich odchyleń od średniej z ostatnich sesji.

W tle warto pamiętać o tym, że układ handlowy to nie tylko cła, ale i reguły pochodzenia, normy techniczne, ryzyka prawne i – nie mniej ważne – polityczny cykl po obu stronach Atlantyku. Mimo wyciszenia najgorętszych wątków, niepewność nie znika: implementacja będzie procesem, a każdy nowy dokument wykonawczy może stać się dla rynku impulsem. Gdy inwestorzy trzymają rękę na pulsie, waluty – zwłaszcza te z koszyka rynków wschodzących – reagują na nagłówki nadmiarowo, a dopiero później korygują do poziomów równowagi.

Z praktycznego punktu widzenia dla firm i gospodarstw domowych oznacza to powrót do normalności transakcyjnej, ale nie do pełnej jasności co do cen na horyzoncie kilku kwartałów. Dla importerów sprzętu, komponentów i farmaceutyków kluczowe będzie monitorowanie list wyjątków oraz tempa uzgodnień technicznych. Dla eksporterów – śledzenie strony popytowej w USA, bo przy rosnącej dostępności tańszej energii w Ameryce i solidnym popycie wewnętrznym część branż może doświadczyć silniejszej konkurencji cenowej. W obu przypadkach planowanie hedgingu powinno uwzględniać scenariusz, w którym zmienność na głównych parach pozostaje niska, ale „ogonowe” ryzyka zdarzeń – podwyższone.

Dla rynku PLN cały ten miks oznacza, że najbliższe dni upłyną pod znakiem konsolidacji i wrażliwości na nagłe zwroty narracji. W podstawowym scenariuszu kursy walut pozostaną w relatywnie wąskich przedziałach, a inwestorzy będą rozgrywać raczej krótkie ruchy wynikające z przypływów i odpływów dolarowej płynności niż z fundamentalnych zmian w postrzeganiu ryzyka. W tym sensie rozstrzygający wpływ będą mieć trzy wektory: tempo doprecyzowywania szczegółów umowy handlowej, retoryka banków centralnych oraz rynkowe „czynniki miękkie”, czyli skłonność do ryzyka widoczna w akcjach i w surowcach.

Finalny obraz na dziś da się streścić kilkoma liczbami i jedną tezą. Po pierwsze, otwarcie poniżej 3,60 na USD/PLN, powrót w rejon 3,62–3,63, stabilne EUR/PLN w okolicach 4,25 i brak sygnałów przełomu na głównej parze. Po drugie, deklaracje transatlantyckie, które przerzucają ciężar na realne przepływy – inwestycje UE w USA około 600 mld USD i zakupy energii za 750 mld USD w horyzoncie kilku lat – w krótkim czasie wspierają dolara przez kanał transakcyjny. Po trzecie, wciąż istotne ryzyko regulacyjne w metalach, którego koszt może rozlewać się na inne sektory. Teza? Z perspektywy polskiego rynku walutowego mamy do czynienia ze scenariuszem „mniej strachu, więcej pytań”, w którym najrozsądniejszą strategią jest cierpliwość i bieżące dostrajanie zabezpieczeń.

Warto dodać, że część doniesień z ostatnich dni mieszała role poszczególnych instytucji publicznych po stronie europejskiej, ale dla rynku walut to niuans bez znaczenia – liczą się parametry pakietu i horyzont ich wdrożenia. Z tego powodu to nie nagłówki polityczne będą w kolejnych sesjach głównym paliwem dla złotego, lecz napływ twardych danych i komunikacja banków centralnych. Jeśli inflacja w gospodarkach rozwiniętych będzie schodzić w kierunku celów, a banki utrzymają komunikację ostrożną, ale spójną, rynek dostanie to, czego najbardziej potrzebuje: zmienność kontrolowana zamiast gwałtownych zwrotów.

Ostatecznie, w krótkim horyzoncie najbardziej prawdopodobne jest utrzymanie przedziałów 3,60–3,65 na USD/PLN, 4,22–4,28 na EUR/PLN, nieco wyższa wrażliwość CHF/PLN na epizody ucieczki do bezpiecznych przystani oraz oscylowanie GBP/PLN wokół poziomów implikowanych przez relację euro–funt. W takich warunkach „overtrading” rzadko popłaca, a największą wartością jest dyscyplina w zarządzaniu ryzykiem i gotowość do szybkiego reagowania, gdy kolejne dokumenty wykonawcze do porozumienia handlowego zaczną schodzić z taśmy.