W tle brzmiały podwyższone tony z Frankfurtu i polityczne fajerwerki w Waszyngtonie, gdzie prezydent Stanów Zjednoczonych znów próbował narzucić narrację Rezerwie Federalnej, lecz rynek złotego zareagował na to wszystko wyraźną rezerwą. Stabilność kursów walut w Polsce w dniu, w którym globalny rynek żył plotkami, przeciekami i domysłami, pokazuje rosnącą samodzielność krajowego rynku walutowego.
Decydujące okazało się to, czego nie widać gołym okiem: równowaga pomiędzy napływem a odpływem kapitału portfelowego, spokojna sytuacja płynnościowa i brak wyraźnych impulsów z polskiej gospodarki, które mogłyby skłonić inwestorów do agresywnego przestawiania pozycji. Dane makro ze świata były mieszane. Wstępne wskaźniki aktywności przedsiębiorstw w strefie euro odnotowały lekką poprawę, zaś amerykański przemysł złapał zadyszkę, co utrudnia prostą interpretację przyszłej ścieżki stóp procentowych w USA. W takiej atmosferze polska waluta stała się beneficjentem wyciszenia: brak nowego tematu do grania na złotym oznaczał jego stabilizację.
Europejski Bank Centralny zrobił dokładnie to, czego oczekiwano: pozostawił stopy procentowe bez zmian. Ważniejszy był ton wypowiedzi prezes EBC. Wybrzmiała w nim ostrożność wobec dalszych cięć, co sugeruje, że w najbliższych miesiącach euro nie dostanie wsparcia w postaci luzowania polityki monetarnej. Dla złotego ten przekaz jest neutralny. Złoty tradycyjnie reaguje na różnicę w oprocentowaniu między Polską a Eurolandem, a skoro ta luka nie zamyka się gwałtownie, brak powodu, aby EUR/PLN gwałtownie wystrzelił. Równocześnie ostrożność EBC ogranicza ryzyko nagłego umocnienia euro, które mogłoby pociągnąć za sobą korektę na złotym.
Za Atlantykiem rozegrał się polityczny teatr, ale jego wpływ na rynek walutowy był ograniczony. Publiczne oceny wydatków banku centralnego, wezwania do obniżek stóp i medialne potyczki nie zmieniają faktu, że Fed działa w trybie danych, nie tweetów. Dolar w ostatnich godzinach nie znalazł silnego powodu, by wyraźnie zyskiwać lub tracić, a to przełożyło się na spokojny obraz USD/PLN. Uczestnicy rynku mają świadomość, że prawdziwy impuls nadejdzie dopiero wraz z komunikatem FOMC lub publikacją prognoz stóp. Do tego czasu polska waluta będzie najpewniej dryfować w korytarzu wyznaczonym przez ostatnie notowania.
W polskiej gospodarce sytuacja pozostaje klarowna: dezinflacja postępuje wolniej niż kilka miesięcy temu, ale jednocześnie dynamika cen nie wymusza na Narodowym Banku Polskim gwałtownych ruchów. Rynek pamięta, że w Polsce stopy procentowe już są znacznie powyżej zera, a ich poziom – w połączeniu z oczekiwaniami inflacyjnymi – wciąż zapewnia atrakcyjność polskich obligacji dla części inwestorów zagranicznych. W praktyce oznacza to, że popyt na złotego nie wygasa, bo wciąż można na nim uzyskać relatywnie korzystną realną stopę zwrotu.
W ostatnich godzinach notowania USD/PLN zdradzały wyczekiwanie. Przy niższym wolumenie w godzinach popołudniowych i wieczornych kurs potrafił domykać dzień w okolicach minimów, co świadczy o tym, że nie ma zmasowanego popytu na dolara amerykańskiego. Dla importerów każdy taki zjazd o kilka groszy bywa okazją do realizacji zabezpieczeń, dla eksporterów – sygnałem, aby nie przesadzać z odwlekaniem sprzedaży wpływów dolarowych. Tego typu taktyczne decyzje zapadają w cieniu makroekonomicznej niepewności, ale w skali jednej doby kurs złotego rzadko bywa zakładnikiem pojedynczych transakcji.
Eurozłoty pozostaje bardziej wypadkową nastrojów wokół Europy niż odzwierciedleniem krajowych niespodzianek. Jeżeli wskaźniki koniunktury w Eurolandzie będą poprawiać się stopniowo, a EBC nie zaskoczy rynków śmiało zasygnalizowanym zwrotem w polityce, presja na wzrost EUR/PLN nie powinna narastać. Dodatkowym czynnikiem stabilizującym jest przekonanie, że polska gospodarka ma za sobą najgłębsze spowolnienie i – choć tempo wzrostu nie imponuje – to pozostaje wystarczające, by przyciągać długoterminowy kapitał.
Krajowa scena polityczna w ostatnich dniach nie dostarczyła tematów zdolnych poruszyć rynek. Inwestorzy śledzą jednak kalendarz: jesienią zapadną decyzje budżetowe, a tempo wykorzystania środków unijnych może stać się powodem do chwilowego wzrostu zmienności. Jak dotąd jednak komunikaty płynące z rządu i instytucji odpowiedzialnych za absorpcję funduszy nie zapowiadają drastycznych niespodzianek. Złoty korzysta na tym, że brak mu autorskich problemów, które mogłyby przerodzić się w gwałtowną wyprzedaż.
Międzynarodowe rynki walutowe są dziś bombardowane danymi i komentarzami, a inwestorzy działający na złotym zaczęli skutecznie je filtrować. Liczą się liczby, a nie nagłówki. To, czy PMI nieznacznie pobiją oczekiwania, ma mniejsze znaczenie niż to, czy w ogóle zmieniają kierunek trendu. To, czy prezes banku centralnego zasugeruje „pauzę w pauzie”, jest mniej istotne niż realna ścieżka inflacji i dynamika płac. W tym sensie złoty pokazał ostatnio, że nie musi być hiperwrażliwy na każde słowo z mównicy w Waszyngtonie czy Frankfurcie.
Ostatnie godziny na rynku złotego można więc nazwać ciszą kontrolowaną. Żadnych gwałtownych ucieczek do bezpiecznych przystani, żadnych panicznych zakupów na fali lokalnej euforii. Zamiast tego: domknięcia pozycji, korekty w raportach ryzyka, dyskretne rolowanie zabezpieczeń. Dla przeciętnego konsumenta czy turysty różnice w kursie euro czy dolara są niemal niewidoczne, ale dla firm rozliczających tysiące faktur miesięcznie każdy grosz w jedną czy drugą stronę to realna kwota.
Przedsiębiorcy operujący na rynku walutowym mają dziś komfort prognozowania kosztów z nieco większą pewnością. Jeśli polska waluta pozostanie w wąskim przedziale, łatwiej zaplanować marże, koszty importu komponentów czy opłaty licencyjne w obcych walutach. Nie oznacza to braku ryzyka. Zmiana retoryki Fed lub nieoczekiwany skok inflacji w kraju potrafią jednym komunikatem wywrócić scenariusze. Jednak dopóki największe banki centralne nie wykonają ruchu, lokalna waluta może nadal „robić swoje”: być neutralnym tłem dla działań biznesu i inwestorów.
Z punktu widzenia strategii inwestycyjnych kluczowe pozostaje śledzenie kalendarza posiedzeń Rady Polityki Pieniężnej, EBC i FOMC, a także publikacji danych inflacyjnych i produkcyjnych. W krótkim terminie to one zadecydują, czy złoty opuści komfortową strefę, czy pozostanie w niej do jesieni. Inwestorzy portfelowi przywiązują coraz większą wagę do różnicy realnych stóp zwrotu, a więc porównują nie tylko nominalne stopy procentowe, ale też oczekiwania inflacyjne. Polska, z perspektywy regionu, wciąż wypada pod tym względem atrakcyjnie, choć potencjalne spowolnienie w strefie euro może w kolejnych miesiącach ten obraz zniuansować.
Nie należy też zapominać o sezonowości. Wzmożony popyt na waluty w czasie letnich wyjazdów Polaków tradycyjnie lekko podbija wolumeny wymiany detalicznej, ale nie zmienia bilansu rynku międzybankowego. Większe znaczenie będą miały rozliczenia kontraktów eksportowych i importowych, a także wzrost zapotrzebowania na energię w okresie jesienno‑zimowym. Te czynniki mogą punktowo zwiększać popyt na euro czy dolara, jednak dopóki nie sprzęgną się z globalnym szokiem, trudno oczekiwać, że wywołają trwałą zmianę paradygmatu na rynku złotego.
Historia ostatniej doby pokazuje, że brak spektakularnych wydarzeń może być dla waluty równie ważny jak nagłe zaskoczenia. Polska waluta nie stała się dziś bohaterem nagłówków, ale to wcale nie jest zła wiadomość. Stabilny kurs to mniejsze koszty transakcyjne dla firm, mniejsze wahania cen dla konsumentów i spokojniejsze decyzje inwestycyjne dla funduszy. Jeżeli kolejne dni nie przyniosą radykalnych zwrotów w polityce monetarnej największych gospodarek, złoty ma wszystkie argumenty, by kontynuować marsz po cienkiej linii pomiędzy globalnymi szumami informacyjnymi, a lokalną normalnością makroekonomiczną.