Fiskalny rozmach, który nowy prezydent zapowiedział w kampanii, przewiduje deficyt na poziomie sześciu procent PKB. Sam w sobie taki odsetek jeszcze nie wywraca stołu, ale zestawiony z możliwą kolejną podwyżką stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych tworzy receptę na rosnącą premię za ryzyko. Gdyby rentowności polskich obligacji dziesięcioletnich podskoczyły o dodatkowe 70 punktów bazowych, złoty mógłby osłabić się nawet o dziesięć procent, a 4,75 PLN za euro stałoby się codziennością, nie abstrakcją. Zaledwie krok od tego poziomu do granicy 5 PLN.
Drugi filar programu Karola Nawrockiego – ekspresowe wdrożenie e-złotego – brzmi jak technologiczna rewolucja, lecz projektowana ustawa zakłada, że w sytuacji „poważnego zagrożenia stabilności finansowej” transgraniczne przepływy mogą być ograniczane. Rynek widzi w tym miękką formę kontroli kapitału. Na krótką metę mniejszy odpływ środków stabilizuje kurs walut, ale w dłuższym horyzoncie każda wątpliwość co do pełnej konwertowalności PLN windowałaby premię polityczną wpisaną w wycenę. Paradoksalnie więc cyfrowa innowacja mogłaby przyspieszyć marsz w stronę pięciu złotych.
Po stronie „jasnej” stoi obniżka klina podatkowego, która ma przyciągnąć bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Według wyliczeń NBP każdy dodatkowy napływ 10 mld EUR BIZ rocznie neutralizuje średnio około 15 groszy potencjalnego osłabienia. Jeżeli Karol Nawrocki faktycznie przekona międzynarodowe koncerny, że Polska jest najlepszym adresem dla nowych fabryk półprzewodników czy centrów R&D, psychologiczny próg pięciu złotych może pozostać medialnym straszakiem. Także napływ środków z KPO, które bank centralny regularnie wymienia na rynku kasowym, działa jak naturalny amortyzator wahań.
Pesymiści ostrzegają jednak przed scenariuszem „perfekcyjnej burzy”: wstrzymanie unijnych funduszy z powodu sporów o praworządność, skok rentowności amerykańskich obligacji ponad pięć procent oraz niechęć Rady Polityki Pieniężnej do zacieśnienia polityki w razie powrotu inflacji powyżej sześciu procent. Jeśli te trzy czynniki zbiegłyby się w czasie, kurs eur/pln mógłby eksplodować, a poziom 5 PLN stałby się samospełniającą przepowiednią uruchamianą przez zlecenia stop-loss dużych funduszy.
Zwolennicy umiarkowanego scenariusza odpowiadają, że Polska wciąż ma solidną nadwyżkę w handlu towarami wysokoprzetworzonymi, a utrzymanie realnych stóp dodatnich wraz z finansowaniem deficytu głównie na rynku krajowym powinnostabilizować kurs walut w przedziale 4,35–4,70 PLN przynajmniej do końca 2026 r. Kluczowe pozostaje jednak to, czy Karol Nawrocki – już jako nowy prezydent – oprze się pokusie traktowania banku centralnego jak skarbonki dla fiskusa. Jeden incydent „kreatywnego” zarządzania rezerwami wystarczyłby, by inwestorzy zwątpili w niezależność NBP, a wtedy bariera pięciu złotych pękłaby szybciej, niż politycy zdążyliby zwołać konferencję prasową.
Granica 5 PLN nie jest więc matematycznym fatum. To lustro, w którym odbija się wiarygodność państwa i determinacja, by nie zamieniać kursu PLN w ukryty podatek inflacyjny. Karol Nawrocki staje przed wyborem: wykorzystać zaufanie rynków do sfinansowania rozwoju albo je roztrwonić, zrzucając winę na „spekulantów”. Najbliższe miesiące pokażą, czy nowy prezydent zdoła przekonać inwestorów, że jego „nowy ład” zasługuje na kredyt zaufania, czy też euro za pięć złotych stanie się najdroższym rachunkiem za lekcję ekonomii, jaką Polska mogłaby dostać od własnego rynku.