Wywołało to zwiększenie liczby wypowiedzi na temat kursów złotego przez decydentów monetarnych, które nie zawsze pozostawały ze sobą w zgodzie. Umocnienie naszej waluty zakończyło się jednak bardzo szybko. Wpłynął na to nie tylko powrót obaw o stan największych na świecie gospodarek (m in bardzo słaby odczyt ISM), ale i silne umocnienie waluty amerykańskiej. Wyprzedaż na giełdach umacniała tą tendencję, jednak w porównaniu z innymi walutami emerging markets złoty nie tracił aż tak dużo. Mocne fundamenty naszej gospodarki i dobre perspektywy dla dalszego wzrostu gospodarczego powstrzymują złotówkę przed silną deprecjacją. Z drugiej strony dalsze umocnienie dolara będzie wywoływać presję podażową, którą zwiększać mogą schładzane oczekiwania na podwyższenie kosztu pieniądza przez Radę Polityki Pieniężnej. Problem inflacyjny w Polsce istnieje i wypowiedź Dariusza Filara z początku tygodnia wskazywała na konieczność podnoszenia stóp procentowych, jeżeli chcemy spełnić kryterium inflacyjne wymagane przy wejściu do strefy euro.
Jednak jeszcze większe spready miedzy polskimi stopami procentowymi a innymi krajami, mogłyby wywołać napływ kapitału spekulacyjnego, co przyniosłoby dalsze umocnienie naszej waluty. Według kandydata na wiceprezesa NBP Witolda Kozińskiego polski eksport jest w stanie wytrzymać kurs na poziomie 3,40-3,45 i na razie nie widzi on potrzeby do dalszych obniżek stóp. Nie wyklucza on jednak interwencji na rynku walutowym, gdyby eksport się osłabił. Do wypowiedzi tej ustosunkował się Dariusz Filar zwracając uwagę, że możliwość interwencji jest przewidziana w przypadku, gdy zagrożony jest cel inflacyjny. Ponieważ rosnący kurs osłabia wzrost cen, dlatego nie będzie konieczności przeprowadzania interwencji.
Przeciwko kolejnym podwyżkom kosztu kredytu przez RPP przemawiają działania FED-u i BoE, oraz oczekiwania na obniżkę stóp przez ECB. Wskazał na to Jan Czekaj, który stwierdził, że jeśli sygnały o spowolnieniu się potwierdzą, i banki na świecie będą kontynuować obniżkę kosztu pieniądza, to może nie dojść do następnych obniżek stóp w Polsce.
Pary EUR/PLN oraz USD/PLN znajdują się od początku grudnia w trendzie bocznym wyznaczonym przez zakres wahań odpowiednio 3,5530- 3,6700 oraz 2,4000- 2,5540. Patrząc przez pryzmat ostatniego tygodnia złotówka straciła w stosunku do euro 3 grosze, a do dolara 8 groszy.
Tydzień na rynkach zagranicznych przyniósł kolejną porcję informacji zbliżających nas do spowolnienia gospodarczego na świecie. Ciekawie na tym tle zachowuje się waluta amerykańska, której we wzrostach nie przeszkadzały nawet złe dane makroekonomiczne napływające z USA. Silny dolar nie pomaga gospodarce amerykańskiej, której w trudnych chwilach więcej dobrego przyniosłaby z pewnością słaba waluta. W sobotę w Tokio odbędzie się spotkanie klubu G7, jednak to nie waluty, lecz utrzymanie stabilności rynków finansowych będzie najważniejszą dyskutowaną kwestią.
Odczyt wskaźnika ISM w Stanach Zjednoczonych obrazującego koniunkturę w sektorze usług na poziomie 41,9 wskazał na recesję w tym sektorze. Wywołało to reakcję rynków globalnych, gdyż usługi stanowią 4/5 PKB gospodarki amerykańskiej. Słabsze od oczekiwanych były również wskaźniki PMI w strefie euro co zwiększyło obawy o stan gospodarek starego kontynentu.
Informacje nadchodzące z gospodarki japońskiej zakłóciły korelację między notowaniami jena a panującymi na rynku nastrojami. Wypowiedź prezesa Banku Japonii wskazała na słabszy wzrost gospodarczy, a kolejne japońskie spółki ogłaszały obniżenie prognoz zysku przez spadek sprzedaży do USA.
Rynki kontynuowały wyprzedaż waluty brytyjskiej. Kurs GBP/USD zbliżył się do styczniowych minimów i pod koniec tygodnia pozostawał powyżej wsparcia na poziomie 1,94.
Silne spadki na eurodolarze zostały wywołane po części kolejną nieudaną próbą pokonania oporów na 1,49. Swój udział w umacnianiu się waluty amerykańskiej miała zmiana retoryki wypowiedzi Rezerwy Federalnej. Zwrócili oni uwagę na zagrożenia inflacyjne, które były dotychczas marginalizowane w ich wypowiedziach. Schłodziło to oczekiwania na dalsze obniżki stóp za oceanem. Pod koniec tygodnia eurodolar ustabilizował się pod poziomem 1,4500.
Decyzja Banku Anglii o obcięciu kosztu pieniądza do 5,25 nie była zaskoczeniem, podobnie jak pozostawienie bez zmian stóp procentowych przez BoE. Bardziej gołębia wypowiedź prezesa ECB Jean Claude Trichet wpłynęła na kolejną falę wyprzedaży euro. Dzień później dowiedzieliśmy się, że eksport w Niemczech po raz pierwszy od czterech lat nie odnotował wzrostu. Jednocześnie niemiecki minister finansów uspokajał zapewniając, że wzrost gospodarczy w strefie euro i Unii Europejskiej nie jest zagrożony, gdyż opiera się na solidnych fundamentach. W podobnym tonie o gospodarce europejskiej wypowiedział się Trichet wskazując na mocny popyt wewnętrzny oraz konsumpcję, która będzie ograniczać ewentualne wyhamowanie gospodarki.
Tydzień ten niewątpliwie zwiększył procentową liczbę analityków wierzących w recesję i pogorszenie sentymentu na światowych rynkach przełożyło się na notowania walut wschodzących. Wyprzedawane były wszystkie aktywa obarczone zwiększonym ryzykiem, na czele z południowoafrykańskim randem oraz węgierskim forintem. Dopóki istnieją poważne obawy o światową gospodarkę, emerging markets pozostaną w niełasce inwestorów.