Amerykańskie indeksy od końca drugiej dekady listopada wzrosły o solidne 20-24%, niemiecki DAX zyskał 25%, a polski WIG20 dołożył 24%. Powoli zaczął przyłączać się również rynek surowców – pomijając bardzo zmienną ropę, systematyczne zwyżki obserwowaliśmy zarówno w przypadku ziaren, jak i metali przemysłowych. To odreagowanie to dyskontowanie nadziei na poprawę sytuacji. Skąd miałaby ona wynikać? Z bezprecedensowych działań autorów polityki gospodarczej.

Wejście Obamy

Rządy i banki centralne chyba od dawna nie były tak zgodne – trzeba ratować gospodarkę niemal za wszelką cenę. To co jeszcze nie dawno byłoby nie do pomyślenia, w chwili obecnej dzieje się na naszych oczach. Radykalnym cięciom stóp towarzyszą ambitne pakiety fiskalne. Krótkoterminowe stopy procentowe w USA już są w okolicach zera, a nowy prezydent zapowiada potężny pakiet fiskalny. Ciągle jednak wiadomo bardzo niewiele. Mówi się o kwocie 700 mld USD (czyli ok. 5% amerykańskiego PKB), nie wiadomo jednak jak miałaby zostać rozdysponowana. Pierwotnie większość pieniędzy miała zostać przeznaczona na wydatki rządowe i samorządowe, po części na projekty „innowacyjne” i infrastrukturalne, po części zaś na cele socjalne. Nieoficjalnie wiadomo jednak, iż ok. 40% pakietu (w celu zjednania poparcia ze strony republikanów) miałoby zostać przeznaczone na natychmiastowe ulgi podatkowe, głównie dla klasy średniej. Czy taki program miałby szanse zadziałać? Są podstawy do umiarkowanego optymizmu. Jak wiadomo, decyzje inwestycyjne i konsumpcyjne podejmowane są (przynajmniej teoretycznie) w oparciu o stopę procentową. Zadłużając się i przekazując pieniądze podatnikom, rząd może w dość sprytny sposób obejść awersję do ryzyka na rynku. Korzysta bowiem z bardzo niskich stóp procentowych. Innymi słowy, gospodarstwa domowe byłyby skłonne do większej konsumpcji i inwestycji gdyby miały do dyspozycji niżej oprocentowane środki. To oczywiście nie jest remedium na boom gospodarczy, a raczej próba niedopuszczenia do czegoś na miarę Wielkiego Kryzysu.

Póki co będzie jednak gorzej

Nie oznacza to jednak, że wyjścia z recesji należy oczekiwać już od początku roku. Inwestorom przyjdzie jeszcze przełknąć sporo bardzo złych danych. Dane o aktywności gospodarczej i nastrojach konsumenckich za grudzień sugerują, iż dno ciągle nie zostało jeszcze osiągnięte. Wskaźniki takie jak ISM dla sektora przemysłu i indeks nastrojów University of Michigan sugerują, iż w najbliższym czasie roczna dynamika PKB spadnie w okolice -1%. Oczekiwany przez rynek spadek PKB w czwartym kwartale to 4,6% w ujęciu anualizowanym. To oznacza -0,4% w skali roku. Nie jest również powiedziane, że ISM czy UM indeks osiągnęły swoje minima. Gra toczy się o drugi kwartał. Jeśli ma nadejść poprawa koniunktury, te wskaźniki wtedy powinny zacząć rosnąć.

Wyczekiwanie

Sytuacja w amerykańskiej gospodarce będzie bacznie obserwowana przez największych globalnych eksporterów. W październiku zamówienia w niemieckim przemyśle obniżyły się o ponad 17% r/r, w Japonii było to ponad 18%. Dane za ostatnie miesiące roku będą prawdopodobnie jeszcze gorsze. Dla Japonii jest to póki co powrót do sytuacji z początku dekady, jednak w przypadku Niemiec nigdy nie notowano tak złych danych, a są one publikowane od 1962 roku. Atmosferę wyczekiwania mamy w dużej mierze również w Polsce, gdyż to właśnie eksport do naszych zachodnich sąsiadów może być czynnikiem decydującym, jeśli idzie o wzrost gospodarczy w kolejnych kwartałach. Prognozowane przez nas uprzednio 2% jest nadal realne, gdyż prognoza zakładała ujemną dynamikę eksportu (w złotych, w cenach stałych), jednak nie uwzględniała silnego załamania eksportu. Ten zaś miałby większe znaczenie dla decyzji inwestycyjnych polskich firm niż na przykład krajowe stopy procentowe, choć i te mogą w tym roku znaleźć się poniżej 4%, jako że pod koniec roku inflacja może być niższa niż 2%.

Pytanie o chińskiego smoka

Póki co Chiny wydają się znosić skutki globalnej recesji nieco lepiej niż Niemcy czy Japonia i często słyszy się, iż mogą być nawet motorem napędowym następnego ożywienia. Rzeczywiście w ostatnich latach a nawet dekadach wysokie tempo wzrostu chińskiej gospodarki (poza niską bazą) wynikało po części ze sztucznie zawyżonej stopy oszczędności, ale czy to wystarczy aby ochronić przed recesją kraj, gdzie w ostatnich 30 latach roczne tempo wzrostu PKB nie spadło poniżej 3,8%? W październiku roczna dynamika produkcji przemysłowej w tym kraju spadła do 5,6%, co jest wartością najniższą od lutego 2002 roku, ale to ciągle jeszcze zbyt mało aby móc mówić o recesji. Drugi element zadziwiająco wysokiego wzrostu w ostatnich latach to z pewnością otwarcie się na zagraniczne, często proeksportowe inwestycje. Czy teraz, gdy firmy potrzebują kapitału w macierzystych krajach, nie wycofają go z Chin? Nadchodzący rok będzie egzaminem dojrzałości dla chińskiej gospodarki.