W momencie, gdy indeks S&P500, który systematycznie spada od połowy maja, bez najmniejszego problemu przełamuje dołek z 10 marca na wykresie dziennym (1273,37 pkt.), a największe od lipca 2002 roku wyprzedanie oraz dynamicznie korygujące ceny ropy, nie stanowią silnej zachęty do kupna akcji, panika (jako punkt zwrotny każdego trendu) wydaje się jedyną szansą na powstrzymanie przeceny. Przy tak złych nastrojach amerykańskich inwestorów, trudno bowiem o inną alternatywę.

Sytuacja techniczna na wykresie S&P500 zdecydowanie wskazuje na dalsze spadki. Przełamanie wsparcia na poziomie 1273,37 pkt. otwiera drogę do dołka z 13 czerwca 2006 roku (1223,68 pkt.). Jego test wydaje się obecnie bardzo prawdopodobny. Jednak już obrona niekoniecznie. Kolejna bariera popytowa to znajdujący się na poziomie 1176,84 pkt., dołek z 13 października 2005 roku.

Rozpoczęty w tym tygodniu sezony publikacji wyników kwartalnych na Wall Street tworzy wiele potencjalnych okazji do sprowokowania panicznych zachowań. Paradoksalnie rynku wcale nie muszą wystraszyć spółki z sektora finansowego. Ich fatalne wyniki w dużej mierze są już bowiem wkalkulowane w ceny. Dlatego też mocno może zaskoczyć tylko bankructwo dużej instytucji finansowej. A o to wbrew pozorom, przy dużych wysiłkach pomocy rynkom finansowym podejmowanym przez Fed, nie będzie tak łatwo.

Ciosem dla inwestorów mogą natomiast okazać się niepokojące wieści z amerykańskich spółek reprezentujących inne sektory. Mogą bowiem być one odczytane, jako potwierdzenie rozszerzanie się kryzysu finansowego na inne działy gospodarki.