W centrum uwagi pozostaje średnioterminowa struktura równowagi popyt–podaż. Prognozy wskazują na trzeci z rzędu rok deficytu na globalnym rynku platyny, po rekordowej luce w 2024 r. i kolejnej, tylko nieco mniejszej w 2025 r. Według przeglądów rynku mowa o niedoborze rzędu setek tysięcy uncji, co oznacza, że konsumpcja przewyższa bieżącą podaż z kopalń i recyklingu. W 2025 r. deficyt szacowany jest w okolicach 0,95–1,0 mln uncji, po około 1,0 mln uncji w 2024 r. Taki układ naturalnie „podpiera” ceny, szczególnie w chwilach, gdy na rynku brakuje impulsów do realizacji zysków.
Zmienność ostatnich tygodni miała konkretny kontekst. Wysokie poziomy złota skłoniły część uczestników do rotacji w obrębie metali szlachetnych. Na rynku pojawiło się pojęcie „zmęczenia złotem” — inwestorzy i jubilerzy, zwłaszcza w Chinach, zaczęli częściej spoglądać na tańszą względem złota platynę. W pierwszych miesiącach roku popyt jubilerski na Pt odbił tam dwucyfrowo, podczas gdy sprzedaż wyrobów ze złota traciła tempo, co przełożyło się na relatywną siłę platyny wobec pozostałych metali szlachetnych. Tę narrację podbiły także napływy inwestycyjne do instrumentów powiązanych z platyną — od ETF-ów po kontrakty terminowe.
Nie oznacza to jednak, że notowania rosną jedynie na fali kaprysu sentymentu. Fundamenty pozostają istotne. Największym problemem po stronie podaży są ograniczenia wydobycia w Afryce Południowej oraz niska podaż z recyklingu katalizatorów samochodowych. Kilku dużych producentów uprzedziło rynek o dostosowaniach wolumenów i priorytetyzacji wyższych marż kosztem całościowej produkcji — to reakcja na presję kosztową i wcześniejszą słabość cenową w segmentach pokrewnych. Jeśli cięcia utrzymają się dłużej, będą zwiększać podatność rynku na szoki popytowe.
Po stronie popytu najważniejszy pozostaje przemysł motoryzacyjny. Choć sprzedaż klasycznych diesli w Europie nie wróci do poziomów sprzed dekady, świat nie przestawi się z dnia na dzień wyłącznie na pojazdy w pełni elektryczne. To hybrydy — korzystające z katalizatorów — oraz rynki pozaeuropejskie utrzymują znaczącą część zapotrzebowania. Dodatkowo, w ostatnich miesiącach zaostrzenia norm emisji w wybranych jurysdykcjach sprzyjały wyższym „załadunkom” metali z grupy platynowców w układach wydechowych. Sam ten segment nie tłumaczy całej skali zwyżki, ale stanowi stabilny fundament, który ogranicza głębokość korekt.
Drugim wektorem popytu, szczególnie nośnym w warstwie narracyjnej, jest transformacja energetyczna. Platyna jest kluczowym katalizatorem w technologii PEM — zarówno w elektrolizerach do produkcji zielonego wodoru, jak i w ogniwach paliwowych, które ten wodór zużywają. Szacunki na koniec bieżącej dekady sugerują, że popyt „wodorowy” mógłby odpowiadać już za zauważalną część globalnej konsumpcji metalu, a w perspektywie kolejnych lat dalej rosnąć wraz ze skalowaniem projektów infrastrukturalnych. Dziś udział wodoru nie jest jeszcze dominujący, ale stanowi rosnący, strategiczny filar, który może działać jak długoterminowe ubezpieczenie popytu.
W tle rozgrywa się klasyczny dla rynków surowcowych spór o dane. Część podmiotów wskazuje, że po odjęciu popytu inwestycyjnego, de facto nie obserwujemy tak silnej nierównowagi, inni — w tym instytucje wyspecjalizowane w monitorowaniu rynku platyny — prezentują odmienne wnioski, mówiąc o trzecim z rzędu roku niedoboru. Dla wyceny ma znaczenie nie tylko „twarda” liczba, ale także wiarygodność i konsekwencja narracji o deficycie — w praktyce to ona określa skłonność kapitału do utrzymywania długich pozycji. Na razie to „obóz deficytu” wygrywa batalię o percepcję, zwłaszcza że zapasy naziemne topnieją wolniej, niż wcześniej oczekiwano, ale wciąż topnieją.
Bieżący obraz rynku warto odczytywać także przez pryzmat rotacji w portfelach. Wielu zarządzających wykorzystało historyczny rozjazd relatywnych wycen złota i platyny. Złoto, coraz droższe i podatne na wahania oczekiwań wobec polityki banków centralnych, przestało być dla części inwestorów atrakcyjnym miejscem do dokładania ekspozycji. Platyna, tańsza nominalnie i obiecująca nowe źródła popytu, stała się beneficjentem tego ruchu. Relacja cenowa Au/Pt wciąż pozostaje na poziomach, które długoterminowy kapitał uważa za nienaturalne — i właśnie ta „nienormalność” tworzy pole do kontrariańskich strategii. W praktyce oznacza to większą wrażliwość platyny na napływy i odpływy kapitału spekulacyjnego, co wyjaśnia część gwałtownych dziennych świec widocznych w ostatnich tygodniach.
Z perspektywy technicznej tegoroczny rajd wyrysował kilka poziomów, które inwestorzy śledzą szczególnie uważnie. W strefie 1 300–1 320 USD za uncję rynek wielokrotnie próbował zbudować krótkoterminowe wsparcie; powyżej 1 350–1 360 USD pojawiały się epizody przyspieszeń, lecz bez trwałej kontynuacji. Przełamanie i utrzymanie ponad 1 380–1 400 USD otworzyłoby pole do testu szczytów z przełomu czerwca i lipca, natomiast zejście pod 1 310 USD zwiększałoby ryzyko głębszej korekty. W środowisku tak wysokiej zmienności nawet inwestorzy długoterminowi patrzą na wykres nieco częściej niż zazwyczaj, bo technika podpowiada, w których punktach opłaca się zabezpieczyć pozycję lub dodać do niej przy przecenie.
Wątek makroekonomiczny również nie jest marginalny. Niższe rentowności amerykańskich obligacji oraz rosnące prawdopodobieństwo obniżek stóp w kluczowych gospodarkach sprzyjają metalom szlachetnym, bo zmniejszają koszt alternatywny trzymania aktywów nieoprocentowanych. Jeśli banki centralne zaczną poluzowywać warunki finansowe, środowisko będzie bardziej przychylne dla „twardych” aktywów — i to nawet w scenariuszu stopniowo opadającej inflacji. Dla platyny to miecz obosieczny: z jednej strony poprawia apetyt na ryzyko, z drugiej — ewentualny spadek dynamiki przemysłu w Europie czy Chinach mógłby chwilowo osłabić komponent popytu przemysłowego.
Warto przy tym pamiętać, że platyna nie jest „monolitem” inwestycyjnym. Jej rynek jest mniejszy niż złota czy srebra, a płynność — choć wysoka — bywa kapryśna poza godzinami największych parkietów. W rezultacie duże zlecenia hedgingowe producentów, zmiany pozycji w funduszach zarządzanych algorytmicznie czy luki podażowe potrafią powodować ruchy, które w złocie byłyby mniej widoczne. To również istotny punkt dla budujących ekspozycję przez instrumenty pochodne: dźwignia finansowa na zbytnio rozgrzanym rynku łatwo potrafi obrócić zyskowną ideę w stratę, jeśli nie towarzyszy jej twarda dyscyplina ryzyka.
Z pytaniem o horyzont i ścieżkę cenową wiąże się temat scenariuszy. W podejściu bazowym — zakładającym, że deficyt się utrzyma, a popyt inwestycyjny i przemysłowy nie osłabnie — realny pozostaje test okolic letnich maksimów. Scenariusz alternatywny, w którym nastąpi krótkookresowe „przebranie miary” na rynku i realizacja części zysków, nie zdejmuje z platyny miana jednego z faworytów roku; raczej wydłuża czas potrzebny do budowy kolejnego ruchu w górę. Rynek ma skłonność do „przesady” w obie strony — rozgrzane wzrosty i paniczne spadki bywają do siebie podobne w intensywności, a różnią się jedynie kierunkiem przepływu zleceń.
Po stronie ryzyk, których nie warto marginalizować, znajdują się: potencjalny wzrost recyklingu z kończących życie samochodów spalinowych, nieprzewidywalność polityki handlowej i taryf, a także zmienność w sektorze motoryzacyjnym, gdzie wahania produkcji mogą szybko przenosić się na zamówienia katalizatorów. Długofalowo, kluczowy będzie też przebieg rewolucji wodorowej. Jeśli wdrożenia PEM — w elektrolizerach i ogniwach paliwowych — osiągną docelową skalę, platyna zyska silny, wieloletni kanał popytowy, ale gdyby tempo projektów infrastrukturalnych rozczarowało, część obecnej „premii narracyjnej” mogłaby wyparować. Rynek, który dziś płaci zaliczkę na przyszłość, równie szybko potrafi ją cofnąć, gdy realia nie doskoczą do obietnic.
Dla inwestorów praktyczne znaczenie ma dobór narzędzia. Ekspozycję można zbudować poprzez fizyczny metal, ETF-y, kontrakty terminowe lub instrumenty na spółki górnicze — z pełną świadomością, że w tym ostatnim przypadku dochodzi ryzyko specyficzne dla emitenta, regionu i kosztów wydobycia. Wrażliwość na kurs dolara i otoczenie stóp procentowych sugeruje, by decyzje o zwiększeniu pozycji zgrywać z momentami słabości amerykańskiej waluty oraz komentarzami banków centralnych zmieniającymi oczekiwania co do ścieżki kosztu pieniądza.
W krótszym horyzoncie, patrząc czysto technicznie, wybór strategicznych poziomów może wspomóc dyscyplinę. Odczyty w rejonie 1 300–1 320 USD za uncję bywają testem determinacji byków; dopiero stabilizacja powyżej 1 380–1 400 USD otwiera przestrzeń do ataku na szczyty sprzed kilku tygodni. Inwestorzy korzystający z metodologii „krok po kroku” — z jasno wyznaczonymi punktami wejścia, wyjścia i wielkością ryzyka — zwykle radzą sobie lepiej na rynku, który nagradza cierpliwość i karze nadmierną pewność siebie.
Jak więc podsumować rok, w którym platyna — jeszcze niedawno postrzegana jako „wiecznie tania” względem złota — wróciła do gry? Po części to efekt splotu: uporczywy deficyt, ograniczenia podaży, rotacja portfeli, praca narracji o wodorze, a na końcu czynniki czysto rynkowe, takie jak technika i pozycjonowanie. Wzrost o około 44 % w pewnym momencie roku nie wydarzył się w próżni — to konsekwencja trwalej poprawy percepcji aktywa, które na wiele lat zniknęło z pierwszych stron raportów. W przeciwieństwie do krótkich „rajdzików”, które gasną po kilku sesjach, tegoroczne zwyżki mają pod sobą kilka niezależnych podpór, choć każda z nich może w przyszłości wymagać osobnej weryfikacji.
Na najbliższe tygodnie najrozsądniejsza wydaje się postawa „ważenia ryzyka”, a nie „gonienia wyniku”. Kto spóźnił się na pierwszą część rajdu, wciąż znajdzie okazje po lokalnych cofnięciach, o ile zaakceptuje większą amplitudę ruchów. Kto już ma ekspozycję, może rozważyć częściowe zabezpieczenia w rejonach oporów i reagowanie na sygnały z rynku obligacji i dolara. Platyna przestała być „zapomnianym metalem” — i dopóki deficyt pozostaje realny, a wodór i przemysł nie zwalniają, trudno wykluczyć, że ten rok nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W polu widzenia powinny pozostać: dane o zapasach, komunikaty największych spółek wydobywczych, raporty o popycie jubilerskim w Azji oraz zmiany w polityce monetarnej, bo to „cztery wiatry”, które najczęściej zmieniają kurs tej łodzi.
Na koniec warto wrócić do bieżącej metryki dnia: dziś rynek wciąż handluje w okolicach 1 340 USD za uncję, z podwyższoną zmiennością i wrażliwością na każdą informację o podaży, popycie lub stopach procentowych. To, czy kolejny ruch będzie w kierunku 1 400 USD, czy znów bliżej 1 300 USD, zależy nie od jednego nagłówka, lecz od akumulacji kilku drobnych przesunięć. Jeśli jednak tegoroczna lekcja platyny czegoś uczy, to tego, że inwestorzy znów zaczęli ją traktować poważnie — nie jako ciekawostkę, lecz jako realną, zdywersyfikowaną ekspozycję na przemysł, jubilerstwo i energię przyszłości.