Po pierwsze, wbrew oczekiwaniom rynku obniżone zostały (o 25 bp) stopy procentowe. Później okazało się, że ta decyzja podjęta została jednomyślnie. To zrodziło spekulacje odnośnie tego, że decyzja była początkiem cyklu obniżek, który może sprowadzić główną stopę nawet poniżej 5%. Od tamtej decyzji funt stracił ok. 4% zarówno wobec euro jak i dolara. Co więcej, kurs USDGBP nie już tak silnie skorelowany ze zmianami na EURUSD, czy USDCHF. Z kolei kurs GBPPLN obniżył się aż o 25 groszy do poziomu 4,82.

Obniżki stóp pomogłyby sektorowi bankowemu...

Nie jest tajemnicą, iż brytyjskie banki były znacznie bardziej zaangażowane w kredyty hipoteczne o podwyższonym poziomie ryzyka niż ich konkurenci z Europy Zachodniej. W końcu przypadek banku Northern Rock jest nie mniej popularny niż amerykańskiego CoutnryWide Financial. Obydwa cudem uniknęły bankructwa. Zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Stanach rozwinięty jest mechanizm sekurytyzacji pozwalający bankom zdjąć z siebie ryzyko udzielonych kredytów, co wiązało się także z mniej dokładnymi procedurami w zakresie kontroli ryzyka. Efektem będącym głównym zagrożeniem dla gospodarki jest brak zaufania na rynku międzybankowym, który nie tylko zwiększa faktyczny koszt pieniądza, ale dodatkowo rodzi ryzyko kryzysu płynności. Przykład Northern Rocka podałem tu nieprzypadkowo, był on bowiem zapalnikiem, który zasadniczo zmienił podejście Banku Anglii do kryzysu. Początkowo Mervin King – prezes Banku Anglii – nawet nie chciał słyszeć o udzielaniu jakiejkolwiek pomocy. Otarcie się Northern Rocka o bankructwo skłoniło jednak bank centralny do ingerencji nie tylko w tym przypadku, ale także do podjęcia starań w celu zwiększenia płynności na rynku międzybankowym. Tym też podyktowana była ostatnia obniżka stóp i oczekiwania rynku na następne cięcia.

...ale mogą zaszkodzić gospodarce

Silniejsze natężenie kryzysu nie jest jedyną cechą wspólną brytyjskiej i amerykańskiej gospodarki. Podobna jest również skala nierównowagi zewnętrznej, przy czym w Wielkiej Brytanii jest to zjawisko nowe. Gospodarka brytyjska historycznie cechowała się równowagą w rachunku obrotów bieżących. Tak naprawdę deficyt zaczął wzrastać dopiero w tej dekadzie, przy czym do 2005 roku zamykał się z reguły w 2,5% PKB. W tym roku poziom 5% PKB został przekroczony już w drugim kwartale i tendencja jest rosnąca. Rosnącej nierównowadze towarzyszy silny popyt wewnętrzny. Spożycie indywidualne wzrasta najszybciej od pięciu lat, zaś inwestycje najszybciej od 1998 roku. Co prawda nakłady inwestycyjne mogą pomóc konkurencyjności brytyjskiej gospodarki (która od kilku lat się zmniejsza), ale obniżając stopy przy wysokiej dynamice inwestycji bank centralny zachęca do podejmowania się coraz bardziej ryzykownych przedsięwzięć. Inflacja w Wielkiej Brytanii na poziomie ok. 2% jest relatywnie niska, zwłaszcza w porównaniu do USA czy strefy euro, jednak w ostatnim czasie pomagał jej silny funt. Kombinacja rosnącego popytu i dość raptownie osłabiającej się waluty w relatywnie otwartej gospodarce musi budzić obawy drużyny prezesa Kinga.

Funt może wyraźnie stracić

Zarówno perspektywa rosnącego deficytu na rachunku bieżącym, jak i możliwość obniżek stóp procentowych nie służą walucie brytyjskiej. Jeśli Bank Anglii spełni oczekiwania rynku i będzie nadal obniżał stopy należy spodziewać się dalszego osłabienia funta. W takim scenariuszu minimalny zasięg spadku GBPUSD to 1,86, a nie można wykluczyć, że para ta odwiedzi dołki z 2006 roku na poziomie 1,72. Miałoby to poważne konsekwencje dla licznej grupy Polaków osiągających dochody w funtach. Jeśli na międzynarodowym rynku finansowym uda uniknąć się większego kryzysu, wspomniane osłabienie funta może sprowadzić kurs GBPPLN nawet w okolice 4,20-4,30, czyli kursu po którym zwykliśmy jakiś czas temu wymieniać euro.