Mam dylemat. Kolega z pracy chwali sie, ze zrobil 30% w miesiac na jakichs spolkach i teraz namawia mnie zebym tez wszedl, bo 'okazja zycia'. Ja mam spokojnie ETF i obligacje, rosne po kilka procent rocznie i bylem zadowolony. A teraz czuje sie jak frajer. Z jednej strony wiem ze to pewnie ryzykowne, z drugiej - moze faktycznie przesypiam okazje? Jak sobie z tym radzicie?
Klasyka, widzialam to setki razy. Pytanie ktore zawsze zadaje: a co robil Twoj kolega przez poprzednie dwa lata? Bo o stratach ludzie nie opowiadaja w kuchni, tylko o zyskach. 30% w miesiac to nie umiejetnosc, to ryzyko ktore tym razem wyszlo. Nastepnym razem moze nie wyjsc i tego juz nie uslyszysz.
Nie jestes frajerem, jestes rozsadny. Ale powiem cos niepopularnego - jesli Cie to naprawde meczy, wydziel maly kawalek portfela (5%, kwote ktora mozesz stracic bez placzu) i baw sie nim. Lepiej to niz zazdroscic przez rok i pewnego dnia wpakowac wszystko na gorce.
moj bylo kolega z korpo tak robil. dwa lata chwalil sie zyskami, potem nagle przestal o tym mowic. nie pytalem, ale wiem jak to sie skonczylo. cisza po chwaleniu jest bardzo wymowna
ja bylem tym kolega co sie chwali :) po dwoch wpadkach juz sie nie chwale. teraz robie nudne DCA i mam lepsze wyniki niz w czasach kiedy 'wygrywalem'
u mnie ten sam mechanizm byl przy krypto - wszyscy zarabiali, ja bylam ta glupia z ETF. rok pozniej okazalo sie ze wcale nie glupia. cierpliwosc nudzi ale wygrywa
dzieki, uspokoiliscie mnie. najbardziej trafilo mnie to o ciszy po chwaleniu. zostaje przy swoim, moze wydziele te 5% na zabawe zeby przestac myslec
Weekend przemyslany. Zostaje przy swoim ETF, ale wydzielam 5% na 'zabawe' jak radzil janusz65. Dzieki temu przestalem czuc, ze cos przegapiam - a jak strace, to strace tyle co za jeden wyjazd.