Mniejsza jednak o spory o samo pojęcie - PKB wzrósł głównie dzięki słabemu dolarowi. Słabszy dolar oznacza, że import towarów do USA jest dość kosztowny, a zyskują na tym rodzimi produceni, którzy mogą odzyskać rynek kosztem importerów. Deficyt handlowy (w skali 12 miesięcy) spadł w na koniec marca do 480 mld dolarów i był najniższy od sześciu lat. A sam handel wniósł do PKB 0,8 proc. dziesiątych wzrostu. Wydatki konsumentów wzrosły w I kw. o 1 proc. - najmniej od 2001 roku. Mniejsze znaczenie miał natomiast wzrost zapasów - te dodały ledwie 0,2 proc. do wzrostu PKB. Ale kolejne kwartały mogą okazać się słabsze za sprawą słabnącego rynku pracy.

SYTUACJA NA GPW

Czwartkowa sesja nie pozostawiła złudzeń inwestorom liczącym na trwały napływ zagranicznego kapitału na GPW - po dobrej pierwszej części sesji indeksy po południu zwróciły się na południe i przy dużych obrotach sprzedawano akcje. Akcje PKO BP, które dzień wcześniej były bohaterem notowań, wygenerowały wprawdzie najwyższe obroty (430 mln PLN), ale w czwartek duzi gracze realizowali zyski i walory banku ciągnęły w dół WIG20. Indeks największych spółek spadł ostatecznie o 0,9 proc., a WIG stracił 0,7 proc. przy obrotach rzędu 1,7 mld PLN. Akcjami spółek spoza WIG20 handluje się w ostatnich dniach sporadycznie - wśród inwestorów przedłuża się nastrój wyczekiwania na wybicie, ale po czwartkowej sesji na wykresie indeksu największych spółek wyrysowała się długa czarna świeca, która nie napawa optymizmem graczy kierujących się analizą techniczną.

GIEŁDY W EUROPIE

Rynki europejskie pozostają w trendzie bocznym wynikającym ze sprzecznych impulsów płynących ze spółek oraz publikacji makroekonomicznych. O godz. 17.15 niemiecki DAX zyskiwał 0,4 proc. podobnie jak brytyjski FTSE250, a francuski CAC40 rósł o 0,1 proc. Pomimo, że od początku kryzysu kredytowego minął już prawie rok na rynku wciąż panuje spora niepewność. Wprawdzie nie grozi już widmo załamania gospodarki USA, ale rynek wciąż nie może ocenić zagrożenia wysoką inflacją. Na rekordowych cenach energii zyskają spółki energetyczne, które dziś radziły sobie lepiej od rynku. Na drugim biegunie były z kolei banki hipoteczne oraz deweloperzy. Zza oceanu przypłynęły dobre (choć spodziewane) dane makro - PKB w pierwszym kwartale w USA zostało zrewidowane w górę do 0,9 proc. Jeszcze przed kilkoma miesiącami za taką informację inwestorzy chętnie oddaliby część swoich akcji, jednak dziś Wall Street otworzyła się na niewielkich plusach.

WALUTY

Zrewidowane w górę dane o tempie wzrostu PKB Stanów Zjednoczonych w pierwszym kwartale 2008 r. okazały się zbieżne z oczekiwaniami i z technicznego punktu widzenia odżegnały na jakiś czas widmo recesji. Gospodarka amerykańska rozwijała się w I kw. br. w 0,9 proc. w odniesieniu do analogicznego okresu ubiegłego roku (przed miesiącem podano wzrost o 0,6 proc.), ale wzrost ten opierał się głównie na eksporcie, a niepokojącym sygnałem jest pierwszy spadek popytu wewnętrznego od czasu recesji z 1991 roku. Ostateczne dane za pierwszy kwartał poznamy pod koniec czerwca. Chociaż w czwartek dowiedzieliśmy się również o wzroście liczby bezrobotnych w USA, amerykański dolar wykazał dużą siłę i ok. godz. 16 zyskiwał wobec euro 0,8 proc. (za euro płacono 1,553 USD).

Polski złoty skorzystał z osłabienia europejskiej waluty i euro można było w ciągu dnia kupić nawet 3,37 PLN, a po godz. 16 za jeno euro wyceniano na 3,382 PLN. Dolar był o 0,6 proc. droższy niż w środę i kosztował 2,175 PLN, a za franka szwajcarskiego płacono 2,074 PLN (aż o 0,9 proc. mniej niż dzień wcześniej).

SUROWCE

Drożejący dolar przyczynił się do silnej wyprzedaży kontraktów na rynkach surowcowych. Najbardziej spadła cena miedzi, na której zaciążyły również informacje o wzroście zapasów. Na giełdzie w Londynie tona tego surowca potaniała o 2 proc. schodząc do poziomu 7.935 USD. To najniżej od dwóch miesięcy.

Przed spadkami nie obroniło się również złoto. Nic dziwnego, skoro jest traktowane jako instrument zabezpieczający nie tylko przed osłabieniem amerykańskiej waluty, ale również przed wysoką inflacją, a spadające ceny surowców oddalają jej widmo. Cena uncja tego szlachetnego kruszcu spadała dzisiaj trzeci dzień z rzędu i po stracie 1,7 proc. zatrzymała się na poziomie 883 USD.

W tych warunkach swoją siłę znów pokazał rynek ropy. Zarówno londyńskiej baryłce brent jak i nowojorskiej crude udało się obronić na poziomie 130 USD, czyli w okolicach wczorajszego zamknięcia. Swoją cegiełkę dołożyli do tego analitycy Morgan Stanley, który przed paroma dniami zapowiadali rychłe dojście do poziomu 150 USD.