Nieco lepiej natomiast poradził sobie segment mały i średnich spółek. Indeks sWIG80 stracił 1,6 proc., a mWIG40 o 2,18 proc.
W dniu dzisiejszym wzrosły akcje 59 spółek, 256 spadły, a 21 pozostały bez zmian. Najwięcej zarobili akcjonariusze Mewy (+9,09 proc.), najwięcej stracili natomiast akcjonariusze Wistilu (-16,67 proc.) i HTL-Strefa (-14,75 proc.). Dziś najaktywniej handlowano akcjami PKO BP (43,10 zł; -4,22 proc.), PKN Orlen (41,70 zł; -1,56 proc.) i Telekomunikacji Polskiej (22,75 zł; -2,40 proc.).
Źródłem dzisiejszej przeceny w Warszawie, początkowo była poniedziałkowa realizacja zysków na Wall Street, która przełożyła się też na nocne spadki na czołowych azjatyckich parkietach. Jednak o tak negatywnym przebiegu sesji przesądziła publikacja indeksu aktywności sektora usług w USA.
Amerykański Instytut Zarządzania Podażą poinformował, że publikowany przez niego indeks ISM-usługi (ISM Services Non-Manufacturing Index), spadł w styczniu poniżej poziomu 50 pkt., oddzielającego rozwój o recesji i miał wartość 41,9 pkt. Rynek natomiast oczekiwał, że spadnie on do 53 pkt. z 54,4 pkt. (po korekcie) w grudniu.
To najniższy odczyt od października 2001 roku, kiedy ów indeks miał wartość 40,5 pkt. i kiedy zawierał w sobie negatywny wpływ ataku na WTC. Jednocześnie styczniowy „recesyjny” odczyt tego indeksu, jest pierwszym takim odczytem od marca 2003 roku (46,3 pkt.).
Warszawska giełda, podobnie jak i inne europejskie parkiety, zareagowała zdecydowanym spadkiem, na opublikowane tuż przed godziną 15-tą, a więc godzinę przed oficjalnym terminem, dane z USA. Przyśpieszenie publikacji związane było z obawami publikatora o emocjonalną reakcję Wall Street na raport, gdyby ujrzał on światło dzienne w czasie sesji.
Bardzo słaby odczyt indeksu ISM-usługi, jakkolwiek prawdopodobnie popsuje nastroje na globalnych rynkach akcji do końca tygodnia, to nie musi oznaczać powrotu tych rynków do styczniowych minimów.
Dotyczy to przede wszystkim warszawskiej giełdy. Wątpliwe jest bowiem, żeby Polacy ponownie zaczęli masowo umarzać jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, co było jednym z głównych źródeł styczniowej paniki. Raczej należy oczekiwać, że w wielu inwestorach dojrzało przeświadczenie, że osiągnięte w poprzednim tygodniu minima kursów bardzo dużej grupy spółek, są atrakcyjnymi poziomami do zakupów.
Dość ograniczony, średnioterminowy wpływ dzisiejszych danych na globalne rynki, może mieć również podłoże w samych danych. Scenariusz zakładający recesję w USA jest już w dużym stopniu zawarty w cenach akcji. Chociaż oczywiście trzeba pamiętać, że póki co jest to scenariusz mówiący o krótkotrwałej i dość łagodnej recesji.
Jednak ta wiara w dość łagodną recesję, budowana przede wszystkim na agresywnych obniżkach stóp procentowych przez Fed oraz pomocy państwa, powinna ograniczyć możliwość bardzo silnych spadków w najbliższych tygodniach na giełdach (ze wskazaniem na Wall Street) i premiować każde pozytywne informacje płynące z amerykańskie gospodarki.
Ponadto można mieć pewne zastrzeżenia do samego indeksu ISM-usługi. Jest on budowany w oparciu o pytania ankietowe, a nie twarde dane. Mając w pamięci to co działo się w styczniu na rynkach finansowych, można postawić tezę, że ostatni odczyt podszyty jest pewną dawką emocji. Podobnie jak to miało miejsce w październiku 2001 roku, gdy indeks ów uwzględnił efekt ataku na WTC. Wówczas spadł on do 40,5 pkt. z 49,7 pkt., żeby miesiąc później wrócić do poziomu 49,4 pkt. Przez analogię można więc prognozować, że w lutym 2008 roku indeks ISM-usługi może wzrosnąć do 48-51 pkt.
Dane o aktywności sektora usług sprowokowały wyprzedaż akcji na giełdach w Europie i USA. W ślad za nią podążył kurs japońskiego jena, który wzmocnił się w relacji do głównych światowych walut. Japońska waluta, z uwagi na to, że jest wykorzystywana w transakcja carry trade, jest bardzo czuła na zmiany nastrojów na rynkach akcji, umacniając się wraz z ich spadkiem oraz osłabiając w przypadku wzrostów.
Dane nie sprowokowały natomiast masowej wyprzedaż dolara. Wręcz przeciwnie. Pomijając osłabienie „zielonego” do jena, co miało inne podłoże, dolar po danych umocnił się m.in. do euro, funta, złotego oraz kanadyjskiego, nowozelandzkiego i australijskiego dolara. Ustabilizował się natomiast w relacji do szwajcarskiego franka.
Takie zachowanie w reakcji na publikację „recesyjnego” raportu pokazuje, że na forexie zmienił się sentyment do amerykańskie waluty. Obecnie bardziej liczy się wiara w przyszłą poprawę kondycji amerykańskiej gospodarki (bez rozstrzygania czy ma ona podstawy, czy też nie), niż dramatycznie słabe dane, jakie obecnie napływają na rynek. Bardziej liczy się zdyskontowana recesja w USA (w dużej mierze), niż np. niezdyskontowane silne spowolnienie gospodarek strefy euro. Na znaczeniu traci też różnica w oprocentowaniu kosztu pieniądza.
Dzisiejsza wyprzedaż EUR/USD, jakkolwiek w kontekście danych z USA może być lekkim zaskoczeniem, to nie jest zaskoczeniem na gruncie analizy technicznej. Utworzona w piątek na wykresie dziennym, zapowiadająca spadki formacja spadającej gwiazdy, w połączeniu z kilkakrotną nieudaną próbą wybicia eurodolara powyżej oporów zlokalizowanych w okolicy 1,49 dolara, sugeruje w najbliższych tygodniach spadek do dołków ze stycznia (1,4369) lub grudnia (1,4309) na wykresie dziennym.