Dla amerykańskiej gospodarki ważniejszy jest wskaźnik ISM dla sektora usług, bo to w nim powstaje 80 proc. amerykańskiego PKB. Ale przekaz jest jasny, zwłaszcza dla eksporterów towarów do USA - ich sprzedaż może być utrudniona w tych warunkach. Na tym jednak nie koniec złych informacji okołorynkowych. Ministerstwo Finansów - z kilkugodzinnym opóźnieniem - podało szacunki inflacji w Polsce, która wg. resortu wzrosła w grudniu do 4,0 proc. z 3,6 proc. w listopadzie.
SYTUACJA NA GPW
Wyglądało na to, że po dzisiejszej sesji nie będzie nic do komentowania, bo przez długie godziny wartość WIG20 stała w miejscu przyjmując nieznacznie dodatnie wartości. Dane z USA, a później szacunki MF co do inflacji wpłynęły jednak silnie na emocje inwestorów prowokując ich do sprzedaży akcji. W mniej niż pół godziny WIG20 spadł o 1,5 proc. kończąc sesję 1 proc. spadkiem. W tej krótkiej fazie notowań wyraźnie przyspieszyły też obroty, co naturalnie nie jest dobrym znakiem. Ale wsparcie dla WIG20, ani tym bardziej dla WIG nadal nie zostało złamane w przekonujący sposób, więc powodów do radykalnych działań nie ma. Warto też zwrócić uwagę, że indeksy mWIG i sWIG rosły do samego końca sesji, inwestorzy interesującymi się mniejszymi spółkami w ogóle nie reagowali na doniesienia ze świata. Co może byłoby i dobrym sygnałem, gdyby nie niskie obroty, które tej zwyżce towarzyszyły.
GIEŁDY W EUROPIE
Inwestorów europejskich nie zraziły spadki w Azji (oraz gorsze dane z tego regionu) i główne indeksy parkietów Starego Kontynentu notowały dziś lekkie wzrosty. Tuż po otwarciu na Wall Street francuski CAC40 rósł o 0,5 proc., a brytyjski FTSE zyskiwał 0,9 proc. natomiast niemiecki DAX tracił 0,1 proc. Wzrosty były głównie zasługą spółek surowcowych, które zyskują na rosnących cenach ropy, miedzi i złota, słabiej radziły sobie natomiast spółki technologiczne.
Sytuacja zmieniła się diametralnie po odczycie danych z USA - nastroje błyskawicznie się załamały, a wraz z nimi także wartość cen akcji i indeksów giełdowych, z których większość zakończyła dzień spadkami, w niektórych wypadkach przekraczających 1 proc.
WALUTY
Kurs euro wrócił dziś do 1,473 USD, a więc w okolice potencjalnego oporu, którego nie udało się złamać w ostatnich dniach starego roku. Wzrost euro był tym łatwiejszy, że dane z USA mocno rozczarowały inwestorów. Nie mniej przełamanie oporu (czyli dalszy spadek dolara do euro) nie jest jeszcze przesądzony, ale najbliższe dni przyniosą zapewne istotne rozstrzygnięcia w tym względzie.
Wobec jena dolar spadł aż o 2 proc., co jest jego największym dziennym spadkiem od dwóch lat. Wobec euro jen umocnił się o 1 proc.
U nas dolar utrzymuje się na poziomie 2,45 PLN, euro podrożało do 3,613 PLN (o prawie trzy grosze od rana), a frank podrożał do 2,195 PLN. Za spadek złotego odpowiada wzrost awersji do ryzyka (widoczny we wzroście jena), oraz szacunki MF dotyczące inflacji w Polsce.
SUROWCE
Ropa kontynuuje poranne wzrosty spowodowane oczekiwaniem spadku jej zapasów w Stanach (cotygodniowy raport publikowany jest jutro) oraz wydarzeniami w Nigerii. Ataki partyzantów na szyby w największym afrykańskim eksporterze ropy już ograniczyły wydobycie o 500 tys. baryłek dziennie i rynek obawia się dalszego spadku produkcji. Z kolei, zapasy paliw w Stanach są na poziomie najniższym od prawie trzech lat, a niskie temperatury powinny przełożyć się na wyższe zużycie oleju opałowego i ich dalsze ograniczenie. To uzasadnia ocieranie się cen londyńskiej baryłki brent i nowojorskiej crude o rekordowe poziomy, po wzrostach o ponad 2 proc. w obu przypadkach.
O nowy rekord ociera się również złoto, które podrożało dziś o 1,5 proc. Uncja tego kruszcu kosztuje 846 USD i do rekordu z 1980 roku brakuje jej zaledwie 4 dolarów. Przy dalszym osłabieniu dolara ten rekord jest w zasięgu.
Miedź podrożała o 1 proc. do poziomu 6.740 USD.