Bez wątpienia październik 2008 roku, polscy inwestorzy będą pamiętać latami. Nawet jeżeli na ostatnich czterech sesjach tego miesiąca, reprezentujący szeroki rynek indeks WIG, zdoła zmniejszyć sięgającą ponad 32 proc., stratę w tym miesiącu. Stratę, która tylko raz w 17-letniej historii warszawskiej giełdy, była większa. W czerwcu 1994 roku WIG spadł aż o 35,2 proc.
Październik na giełdzie w Warszawie nie jest jednak kojarzony z miesiącem krachów, ale z miesiącem rynkowych dołków. Właśnie w tym miesiącu szeroki rynek znalazł średnioterminowe dno w 1998, 1999, 2000 i 2001 roku, a w październiku 2002 roku rozpoczęła się kilkuletnia hossa, którą poprzedziła 3 miesięczna stabilizacja.
Czy w tym roku ponownie październik wyznaczy średnioterminowy dołek? Trudno powiedzieć. Głównie dlatego, że odpowiedź na nie uzależniona jest przede wszystkim od potrzeb gotówkowych wszelkiej maści amerykańskich funduszy, co w ostatnich tygodniach wymuszało na nich gwałtowne pozbywanie się aktywów.
Potrzebach wywołanych kilkoma czynnikami. Mianowicie, rozliczeniem CDS-ów upadłego Lehman Brothers. Odpływem klientów przestraszonych obecną sytuacją rynkową. Koniecznością spłaty kredytów zaciągniętych na kupno różnych aktywów. I na końcu wymuszonym zamknięciem pozycji na różnych rynkach, jakie mogło w wielu przypadkach zaistnieć, w efekcie ostatnich zawirowań na rynkach finansowych.
Ten ostatni czynnik wydaje się obecnie być niedostrzegany przez inwestorów. Tymczasem stanowi on poważne zagrożenie. Zwłaszcza, że może to dotyczyć naprawdę dużych graczy. Przykładem może być Kalifornijski Fundusz Emerytalny Pracowników Sektora Publicznego (Calpers), największy amerykański fundusz emerytalny, który według piątkowych doniesień Wall Street Journa, może zamykać pozycje (m.in. na rynku akcji) w celu zabezpieczenia środków na regulowanie swoich zobowiązań. Takie działania mogą być konieczne po tym, gdy Calpers zanotował stratę na poziomie 20 proc., co odpowiada 50 mld dol.
Doniesienia na temat Calpers są o tyle znaczące, że gdyby okazały się prawdziwe, to ostatecznie potwierdziłby wnioski płynące z analizy technicznej indeksów DJIA i S&P500, mówiące o teście „zestawu” dołków z października 2002 roku i marca 2003 roku. Czyli zejście Średniej Przemysłowej do 7286,27 pkt. lub 7524,06 pkt, a indeksu szerokiego rynku do 776,76 pkt. lub 800,73 pkt.
Spadek do tych poziomów, a więc zniesienie całej 6-letniej hossy, zwłaszcza jeżeli nastąpi w najbliższych dniach, ma szanse na pewien czas wyczerpać potencjał spadkowy amerykańskiej giełdy. Przynajmniej na gruncie analizy technicznej. Dołki z 2002 i 2003 roku to na tyle znaczące wsparcia, że ich osiągnięcie będzie tworzyć pokusę „złapania spadającego noża”. A stąd już tylko krok do większej korekty. Szczególnie, że do jej wygenerowania, wcale nie musi być konieczny fundamentalny popyt na akcje przecenionych spółek. Wystarczy, że przez światowe rynki przetoczy się fala realizacji zysków z krótkich pozycji.
To jak potężna jest to siła, dobrze pokazują wczorajsze i dzisiejsze wydarzenia na papierach Volkswagena. Akcje tego największego koncernu motoryzacyjnego w Europie zdrożały na zamknięciu poniedziałkowej sesji o 146,6 proc. do 520 euro, a dziś w pewnym momencie wzrost sięgnął 93 proc., co wywindowało kurs do 1005 euro. Tak silny wzrost sprowokowali inwestorzy sprzedający wcześniej akcje na krótko. Wpadli oni w panikę po tym, jak Porsche poinformowało, że posiada 42,6 proc. akcji Volkswagena i chce mieć 75 proc.
Oczywiście tak spektakularne wzrosty są mało prawdopodobne w przypadku większości spółek. Jednak już ruch o 20-40 proc. można sobie wyobrazić. Chociażby na spółkach surowcowych, których kurs podnosiłoby nie tylko zamykanie shortów na tych spółkach, ale również na samych surowcach. Gdyby jeszcze rynek do tego wszystkiego zbudował ładną ideologię (np. recesja w USA być może będzie głęboka, ale krótka, a to już jest w cenach), to wzrosty spółek surowcowych na świecie mogą być naprawdę imponujące. Po kilku tygodniach pesymizm i recesyjne obawy prawdopodobnie wrócą i wówczas ponownie rozpocznie się wielkie sprzedawanie. To jednak już inna bajka.
Potencjalny koniec okresu wymuszonej, a przede wszystkim skumulowanej w czasie, wyprzedaży aktywów na świecie, w połączeniu ze wzrostem apetytu na ryzyko i pokrywaniem krótkich pozycji na rynkach akcji oraz towarów, będzie oznaczał początek dużej korekty w Warszawie. Taka korekta zwykle przychodzi z zaskoczenia. Teraz prawdopodobnie będzie podobnie.
Bazując na zależnościach historycznych można natomiast ocenić, że takie odbicie sięgnie przedziału wyznaczonego przez 38,2-50 proc. zniesienie ostatniej fali wyprzedaży. A to oznacza wzrost indeksu WIG o 26-36 proc. Gra jest warta świeczki. Nawet jeżeli idealnie nie trafi się w dołek.